Zabawnie patrzyło się na zebranych. On i Alexander, współpracownicy, on i Ambrosia, badacz i jego, powiedzmy, była asystentka, on i Millie, mistrz i nauczyciel, chociaż czarodziejka wydłubałaby mu wszystkie z trojga oczu, gdyby tak określił ich dynamikę, nie miał powiązania jedynie z Leonem, tu jednak pojawiała się Ambrosia i Millie, pokrewne z nim po kądzieli. Alexander i Rosie, tu początkowo nie miał wydawać swoich osądów, ale z jakiegoś powodu patronowała mu Sprawiedliwość.
—Dlaczego nie wybraliście sobie jakiegoś lepszego miejsca na podróż poślubną? — zapytał Morpheus parę, Ambrosię i Alexandra, mierząc ich oboje wzrokiem z góry do dołu. Miał szczerą nadzieję, że pozostaną w temacie i ich dzieci również będą miały imiona zaczynające się od tej litery. Byle nie jakaś Anna.— Mam obserwować czy nie są to widma z Kniei. Od znajomego doświadczonego w darze oklumencji, który był tu kilka dni temu, otrzymałem wiadomość, że pojawił się w jego głowie jakiś wpływ, o którym zorientował się dopiero po powrocie do domu, narzucający mu emocje do innej osoby. Uważajcie na to.
Gdy nie widział głowy Peregrinusa ani jego oczu, ani twarzy, ani sylwetki, zazdrość nie bulgotała w nim tak silnie, ale obce echo tego uczucia wciąż gnieździło się w trzewiach. Wystawiał je na próbę, ale nie umiał być zazdrosnym o Ambrosię, tylko płonąca nienawiść do asystenta Vakela. A wyobraźnię miał wyjątkowo wybujałą, potrafiła podsunąć mu wiele wizji, które innych wprawiłyby w palpitacje serca.
Morpheus nie wyciągał wahadełka, chociaż siedziało ono wygodnie w jego kieszeni, ametyst na żelaznym łańcuszku. Sięgnął za to po swoje karty, chociaż wprawił je tylko i wyłącznie w ruch, prosty szelest przesuwających się kart, obrazów przyszłości, zasłoniętych elegancką koszulką czerni; rewers był skromny, czarna przestrzeń z minimalistycznym złotym okiem na środku. Jedna z talii, których nie używał zbyt często. Właściwie, w tym momencie Morpheus wcale nie wyglądał jak on.
Pomijając karty, miał na sobie ubrania mugolskie, których nigdy, przenigdy nie nosił, woląc być wziętym za dziwaka i pojawiać się w nich nawet poza dzielnicami czarodziejów. Tymczasem biała, lniana koszula i luźne spodnie w tym samym kolorze nadawały mu wyglądu bogatego wczasowicza, który gdzieś w okolicy zacumował swój prywatny jachcik i przygląda się, jak plebs spędza wakacje. Drugą oznaką niekoniecznie idealnego stanu jasnowidza było to, że idealnie ulizane do tyłu włosy, nawet w niepogodę, tego ranka odstawały nieco, zwłaszcza na potylicy, kręcąc się w urocze kędziorki. Nie do pominięcia był również wianek z kwiatów budlei, przeplatanych kolorowymi astrami. Nawet rośliny na jego głowie wyglądały wyjątkowo silnie i pięknie.
Na słowa Millie, o piątce mieczy, skierował swój wzrok na taflę jeziora. Czy w tym miejscu powinien poruszać modły do Posejdona, czy Ateny? Może to oni bili się, ich czempioni, o to miejsce. Jedno pozazdrościło drugiemu.
— Niech będzie więc jezioro. — Z całą miłością do Brenny i Erika czy nawet do Millie, nie zamierzał czekać, aż BUM-owcy, ze swoją delikatnością słońca w składzie porcelany namieszali w tej przestrzeni jeszcze bardziej, czyniąc sprawę zamkniętą i rozwiązaną w swoich aktach, ale całkowicie objętą mgłą zapomnienia i wiedzy dla innych departamentów. Dla jego departamentu.
Chwilowo jednak podchodził do tego z niejaką rezerwą. Co jeszcze krył ośrodek?
Wyjął pierwszą kartę z wierzchu.
Dziewiątka Buław