22.04.2024, 09:54 ✶
Nie wiedział do końca, co w Macmillanie sprawiało, że od razu czuł się przy nim tak swobodnie. Okej, miał ekstrawertyczną naturę i nawet mimo szorstkości, jaką nabył przez twarde ojcowskie wychowanie, uchowało się w nim tyle czaru, żeby ciągnąć takie rozmowy całkiem naturalnie, ale niektórzy ludzie działali na to co mówił i jak się zachowywał lepiej niż inni. Od czego to zależało? Powinien zacząć wierzyć w tę legendarną kompatybilność dusz? Ale może jednak... może jednak powinien się trochę wstrzymać...
Uśmiechnął się szerzej.
- Wygraliśmy to w grze w kamień, papier, nożyce z Biurem Bezpieczeństwa. Oni dostali wyciąganie podejrzanych obiektów z kibli prowadzących do Atrium - powiedział swobodnie, zupełnie jakby nie wyczuwał ani grama bijącej od kapłana cierpkości. Jego słowa były lekkie, otwarte i może nie szczere - bo żartował sobie przecież - ale to nie były żarty wymagające żadnych domysłów. - Napiwki przyjmuję tylko w piwie. - I dopiero po tych słowach jakby ucichł. Nie przez niezręczność, po prostu napiwek... piw... Dopiero teraz udało mu się zauważyć podobieństwo pomiędzy tymi słowami i zaczął w ogóle zastanawiać się nad tym, dlaczego na niektóre rzeczy mówiono tak, a nie inaczej. Takie myśli udawało mu się jednak bardzo szybko zbywać, odkładać na bok - kogo właściwie obchodziły takie rzeczy? Szczególnie w żywej rozmowie.
- Nie pamiętasz mnie. - Stwierdził, a później szybko pokręcił głową. - Nie szkodzi. - Jednak nie był tym ani trochę zaskoczony. - Będziesz miał zagadkę. - To była jedyna próba zabawienia się kosztem Macmillana, jaka mogła przyjść Moody'emu do głowy. Skazanie go na przypomnienie sobie pierdół z przeszłości, zastanawianie się, czy nie siedzieli ze sobą w jednej ławce w Hogwarcie. Oczywiście, że nie siedzieli. Ale Alastor parsknie, jeżeli kapłan naprawdę zacznie się nad tym głęboko zastanawiać i zadawać mu jakieś naiwne pytania.
Tak jak teraz, kiedy wymieniał swoje propozycje, zupełnie jakby sekundę wcześniej nie poprosił go o bezpośrednią podpowiedź...
- Pełnia.
Rozwiązanie było jeszcze prostsze.
- Znikają. Ale tylko niektórzy. To są opowieści z serii: moja matka zboczyła z traktu i pobiegła w tamtym kierunku. Uważaj, ten stopień jest jakiś dziwny. - Mówił, wspinając się po schodach. - Pobiegłem za nią, ale nigdy jej nie znalazłem. Trafiłem tylko na ten dom, przerażający dom... I nigdy do niego nie wchodzą. - Znów się zatrzymał. Tym razem, żeby odwrócić się do Macmillana i spojrzeć mu prosto w oczy. - Trochę... trochę jakby to chciało zżerać ich pojedynczo. - Chciał zobaczyć jego reakcję. - Ciekawie, co? - Wymusił na nim nawet odpowiedź, tak żeby nie mógł zbyć go szeroko otwartymi oczami. - Dobrze, że idziemy tam we dwójkę. - Poklepawszy go po ramieniu, ruszył dalej.
To nie było tak, że chciał go straszyć, po prostu... za bardzo poczuł chwilę.
Uśmiechnął się szerzej.
- Wygraliśmy to w grze w kamień, papier, nożyce z Biurem Bezpieczeństwa. Oni dostali wyciąganie podejrzanych obiektów z kibli prowadzących do Atrium - powiedział swobodnie, zupełnie jakby nie wyczuwał ani grama bijącej od kapłana cierpkości. Jego słowa były lekkie, otwarte i może nie szczere - bo żartował sobie przecież - ale to nie były żarty wymagające żadnych domysłów. - Napiwki przyjmuję tylko w piwie. - I dopiero po tych słowach jakby ucichł. Nie przez niezręczność, po prostu napiwek... piw... Dopiero teraz udało mu się zauważyć podobieństwo pomiędzy tymi słowami i zaczął w ogóle zastanawiać się nad tym, dlaczego na niektóre rzeczy mówiono tak, a nie inaczej. Takie myśli udawało mu się jednak bardzo szybko zbywać, odkładać na bok - kogo właściwie obchodziły takie rzeczy? Szczególnie w żywej rozmowie.
- Nie pamiętasz mnie. - Stwierdził, a później szybko pokręcił głową. - Nie szkodzi. - Jednak nie był tym ani trochę zaskoczony. - Będziesz miał zagadkę. - To była jedyna próba zabawienia się kosztem Macmillana, jaka mogła przyjść Moody'emu do głowy. Skazanie go na przypomnienie sobie pierdół z przeszłości, zastanawianie się, czy nie siedzieli ze sobą w jednej ławce w Hogwarcie. Oczywiście, że nie siedzieli. Ale Alastor parsknie, jeżeli kapłan naprawdę zacznie się nad tym głęboko zastanawiać i zadawać mu jakieś naiwne pytania.
Tak jak teraz, kiedy wymieniał swoje propozycje, zupełnie jakby sekundę wcześniej nie poprosił go o bezpośrednią podpowiedź...
- Pełnia.
Rozwiązanie było jeszcze prostsze.
- Znikają. Ale tylko niektórzy. To są opowieści z serii: moja matka zboczyła z traktu i pobiegła w tamtym kierunku. Uważaj, ten stopień jest jakiś dziwny. - Mówił, wspinając się po schodach. - Pobiegłem za nią, ale nigdy jej nie znalazłem. Trafiłem tylko na ten dom, przerażający dom... I nigdy do niego nie wchodzą. - Znów się zatrzymał. Tym razem, żeby odwrócić się do Macmillana i spojrzeć mu prosto w oczy. - Trochę... trochę jakby to chciało zżerać ich pojedynczo. - Chciał zobaczyć jego reakcję. - Ciekawie, co? - Wymusił na nim nawet odpowiedź, tak żeby nie mógł zbyć go szeroko otwartymi oczami. - Dobrze, że idziemy tam we dwójkę. - Poklepawszy go po ramieniu, ruszył dalej.
To nie było tak, że chciał go straszyć, po prostu... za bardzo poczuł chwilę.
fear is the mind-killer.