21.04.2024, 17:59 ✶
Pokręciłem głową, jakby nie rozumiejąc, ale jednak wiedząc, czemu to robił. Flynn miał problemy. Każdy je miał. I byłem świadom tego, że przez te swoje problemy ze sobą miał czarne myśli, wciąż się karcił i uważał za szczura czy innego robaka, ale wcale nim nie był. Gdyby był zły, to nie chciałbym mieć z nim do czynienia, a jednak byliśmy razem, kochaliśmy się i wspieraliśmy. Przynajmniej staraliśmy się wspierać wzajemnie, ale myślę, że byliśmy na dobrej drodze ku temu. Flynn nie był zły, nie był czarnym charakterem... A tego umyślnego cięcia się nie pochwalałem, ale akceptowałem.
- Nie jesteś czarnym charakterem, tylko wariatem, Flynn. Tylko nie odetnij sobie nogi czy palca... Boję się, że kiedyś przesadzisz z głębokością cięcia, ale UFAM CI, że się nie zatracisz głupio, a przy tym WIERZĘ W TWOJE UMIEJĘTNOŚCI operowania nożami... Zapamiętaj sobie te słowa, dzieciaku - skomentowałem to w ten sposób. Starałem się być przy tym kochany i jednocześnie motywacyjny. Może, jeśli będę wciąż powtarzał i powtarzał, wokoło powtarzał, to Flynn wybije sobie z głowy myśli samobójcze, a przy dobrych wiatrach może te również samokrytyczne? Cmoknąłem go w żuchwę, bo tak siedział, że ciężko było mi cokolwiek. Miał w tej chwili władzę nad wszelkimi pozycjami i akcjami.
- Jeśli mnie w tym zawiedziesz, to skończysz gorzej niż bez wypłaty - dodałem sobie żartem, by rozładować nieco atmosferę. Nie chciałem by Flynn znowu rozmyślał o tych gorszych momentach. Wolałem by został spokojny, a przynajmniej względnie spokojny. - I cieszę się, że mam na ciebie jakiś wpływ. Niech ci mięknie, mięknie. Może wtedy żona nie zostawi mnie taką lekką ręką i zabierze na niebezpieczne wyprawy po półświatku, hem...? - zaproponowałem poniekąd ponownie swoje usługi. Wcale nie byłem byle płotką. Może nożami nie rzucałem jakoś celnie, a na cyrkowych lekcjach o zaklęciach ofensywnych za wiele nie było, ale potrafiłem się bić i grać kogoś, kim nie byłem... Aby akcja tego spektaklu nie miała miejsca na wysokościach, to mogłem wparować tam nawet na wariata i ciąć na oślep, jeśli trzeba. Ważne, żebym mógł w jakikolwiek sposób wesprzeć Flynna. Próbowałem sobie wyobrazić, co tam dokładnie będzie robił na wyjeździe i jego powrót po wszystkich, ale miałem zbyt wiele obaw w zanadrzu by to sobie jakoś optymistycznie poskładać.
Kiedy Flynn owinął się jednym ręcznikiem, od razu zarzuciłem mu na ramiona kolejny. Pozostawiłem kwestię sprzątania po nas komuś innemu, ewentualnie zamierzałem tu powrócić wczesnym porankiem. Sam zaś wcisnąłem jedynie gacie na tyłek. Mnie choroba na razie się nie imała, więc przy letnim, wieczornym powietrzu mogłem sobie swobodnie biegać... pewnie do pierwszego kataru. Ale cóż. Złapałem Flynna za rękę i wymknąłem się spod pryszniców, czym prędzej przebiegając do przyczepy. Tam czekało nas łóżko i odpoczynek po tych kilku ciężkich dniach.
- Nie jesteś czarnym charakterem, tylko wariatem, Flynn. Tylko nie odetnij sobie nogi czy palca... Boję się, że kiedyś przesadzisz z głębokością cięcia, ale UFAM CI, że się nie zatracisz głupio, a przy tym WIERZĘ W TWOJE UMIEJĘTNOŚCI operowania nożami... Zapamiętaj sobie te słowa, dzieciaku - skomentowałem to w ten sposób. Starałem się być przy tym kochany i jednocześnie motywacyjny. Może, jeśli będę wciąż powtarzał i powtarzał, wokoło powtarzał, to Flynn wybije sobie z głowy myśli samobójcze, a przy dobrych wiatrach może te również samokrytyczne? Cmoknąłem go w żuchwę, bo tak siedział, że ciężko było mi cokolwiek. Miał w tej chwili władzę nad wszelkimi pozycjami i akcjami.
- Jeśli mnie w tym zawiedziesz, to skończysz gorzej niż bez wypłaty - dodałem sobie żartem, by rozładować nieco atmosferę. Nie chciałem by Flynn znowu rozmyślał o tych gorszych momentach. Wolałem by został spokojny, a przynajmniej względnie spokojny. - I cieszę się, że mam na ciebie jakiś wpływ. Niech ci mięknie, mięknie. Może wtedy żona nie zostawi mnie taką lekką ręką i zabierze na niebezpieczne wyprawy po półświatku, hem...? - zaproponowałem poniekąd ponownie swoje usługi. Wcale nie byłem byle płotką. Może nożami nie rzucałem jakoś celnie, a na cyrkowych lekcjach o zaklęciach ofensywnych za wiele nie było, ale potrafiłem się bić i grać kogoś, kim nie byłem... Aby akcja tego spektaklu nie miała miejsca na wysokościach, to mogłem wparować tam nawet na wariata i ciąć na oślep, jeśli trzeba. Ważne, żebym mógł w jakikolwiek sposób wesprzeć Flynna. Próbowałem sobie wyobrazić, co tam dokładnie będzie robił na wyjeździe i jego powrót po wszystkich, ale miałem zbyt wiele obaw w zanadrzu by to sobie jakoś optymistycznie poskładać.
Kiedy Flynn owinął się jednym ręcznikiem, od razu zarzuciłem mu na ramiona kolejny. Pozostawiłem kwestię sprzątania po nas komuś innemu, ewentualnie zamierzałem tu powrócić wczesnym porankiem. Sam zaś wcisnąłem jedynie gacie na tyłek. Mnie choroba na razie się nie imała, więc przy letnim, wieczornym powietrzu mogłem sobie swobodnie biegać... pewnie do pierwszego kataru. Ale cóż. Złapałem Flynna za rękę i wymknąłem się spod pryszniców, czym prędzej przebiegając do przyczepy. Tam czekało nas łóżko i odpoczynek po tych kilku ciężkich dniach.
Koniec sesji