21.04.2024, 15:21 ✶
Zrozumienie potrafiło być pierwszych krokiem, jaki należało postawić, by ta druga osoba przestała czuć się obco. Może nie było łatwe, ale czasem wystarczyły same starania, by świat był lepszy.
- Ej, tego z bezdomną jeszcze nie słyszałem… - stwierdził, śmiejąc się przy tym, w myślach zapisując, by od kogoś wyciągnąć szczegóły całej sprawy. A na pewno znajda sie do tego chętni.
Tak naprawdę trochę się obawiał przyprowadzenia do swojego domu Brenny. I wcale nie chodziło o jego przyjaciółkę, a raczej o resztę Hardwicków. Tak naprawdę chyba nigdy nie przedstawił swojej rodzinie jakiegokolwiek czarodzieja. Owszem, jego mama miała z nimi kontakt, w końcu ktoś musiał czuwać nad jego edukacja i tak dalej, nigdy sam z siebie nie starał się doprowadzić do spotkania kogokolwiek z dwóch światów, w których bywał. Nie zaprosił nigdy kolegów ze szkoły, potem zaś zupełnie starał się oddzielić swoje życie rodzinne i cóż. Całą jego resztę. Jakby bał się mieszanki, która miała powstać, gdyby te się połączyły.
A teraz jak się okazywało, wszystkie spotkania przychodziły w całkiem cywilizowany sposób. A świat się jeszcze nie zawalił.
Nie wiedział dokładnie, co o tym ma myśleć.
Może była to głównie zasługa Brenny, która nie miała problemu z tą całą gromada ludzi, może jego rodzice i rodzeństwo postanowiło w końcu zaakceptować to, że był jednak trochę inny i ta inność stała się jego codziennością. A może bycie tak blisko straty jednego członka rodziny sprawiło, że nagle wszyscy bali się, że niedługo może paść na kogoś innego. I tym razem może się to skończyć mniej szczęśliwie.
Westchnął znów, gdy usłyszał pytanie o nieszczęsny wypiek.
- Tak, to jej ciasteczka. Od tego czasu ma zakaz wstępu do kuchni, nawet jeśli wszystko wyszło naprawdę przypadkowo. Jest trochę, cóż, roztargniona. Ewentualnie szalona. - Posłał porozumiewawcze spojrzenie z obecną tu siostrą, która odpowiedziała mu tym samym. - Mimo to, to naprawdę świetna dziewczyna, zresztą, jak przyjedzie, to sama ocenisz - skwitował. Po czym dodał ciszej, w nawiązaniu do wybuchów... - Dla mojego komfortu psychicznego, uniknijmy jednak takiej sytuacji.
Co prawda miał tylko pójść po sztućce, w kuchni jednak stabilizował się powoli ogólny chaos, przez co znalazło się dla niego kolejne zajęcie, polegające na krojeniu warzyw do sałatki, z czego trudno się było wyłgać, gdy mierzyło go surowe spojrzenie starszej siostry. Toteż grzecznie został tam jeszcze chwilę, mając nadzieję, że Brenna jakoś sobie poradzi.
Zresztą, Abigail nie miała nic przeciwko rozmowie z kobietą, o której co nieco jednak wiedziała. Thomas był według niej najbardziej skrytym z całego rodzeństwa. Rozumiała to. Chyba najlepiej z rodziny. Było pomiędzy nimi dziesięć lat różnicy, a to oznaczało, że zawsze pamiętała brata jako czarodzieja, jak bardzo mogłoby to nie mieścić się w głowie. Może dlatego nigdy nie miała problemu z akceptacją takiego obrotu spraw, choć czasem mu zazdrościła. Kochała go jednak, wiedziała, że skoczy za nią w ogień. Dlatego nie pozwoliła mu na jakąkolwiek przerwę w kontakcie z nią, szczególnie, że ktoś musiał pomóc jej wytrwać w tym domu, gdy reszta rodzeństwa zaczęła się z niego wyprowadzać. Zasypywała więc Thomasa listami, na które ten odpowiadał, wyjawiając jej coraz więcej ze swojego życia. Prawdopodobnie tylko ona, Lizzie i Mathias wiedzieli, że musiał się przeprowadzić do znajomych. Szkoda, że nigdy nie wyciągnęła z niego, czemu tak się stało.
Widać było w każdym słowie, że ceni jednak tych swoich przyjaciół, że ma w nich jakieś wsparcie i jakoś sobie dzięki nim radzi. Cieszyła się więc, że przyszło jej poznać choć jedną z tych osób.
- Pewnie urwie mi za to głowę, że wyjawiłam ten wielki sekret, ale raczej mówił o tobie w samych superlatywach. Choć, zdarzyło mu się przytoczyć kilka zabawnych sytuacji, których jednak nie zdradzę. - Pokazała język, widać również czując się wśród Longbottom całkiem swobodnie. Choć może to przez tego skręta.
- Zastawę wybierz którą chcesz, tą najlepszą, głównie na wizytę księdza, mama trzyma gdzie indziej, więc spokojnie. Ta z kwiatkami jest ładna na przykład, dostała ją od nas na swoje pięćdziesiąte urodziny, więc może poczuje się wzruszona, skoro znów mamy ten nieszczęsny spęd, który i tak pewnie skończy się kłótnią. - Widać nie tylko Thomasa drażniła ta cała sytuacja.
Abigail sięgnęła po szklanki, które zaczęła przecierać znalezioną wcześniej ściereczką, by zaraz zacząć ustawiać je w odpowiednich miejscach na wielkim stole.
- Słuchaj, co do mojego brata… Wszystko u niego w porządku? Wiesz, w tych swoich listach zawsze pisze, że tak, opowiada o samych dobrych rzeczach, a widziałam go ostatnio na tyle, by wiedzieć, że nie dręczy go tylko choroba ojca. Czemu wyprowadził się z poprzedniego mieszkania? Wiem, że jego praca nie jest najbezpieczniejsza, ale nic się poważnego nie wydarzyło?- zapytała, wiedząc, że lepszej okazji mieć nie będzie. Zresztą, nie po to poprosiła cichaczem Marnie, by zatrzymała Thomasa w kuchni. Wiedziała, że tamta, choć nie pokazywała tego, też się o niego martwiła, choć wiedziała jeszcze mniej. I liczyła na przekazanie ewentualnych informacji.
- Ej, tego z bezdomną jeszcze nie słyszałem… - stwierdził, śmiejąc się przy tym, w myślach zapisując, by od kogoś wyciągnąć szczegóły całej sprawy. A na pewno znajda sie do tego chętni.
Tak naprawdę trochę się obawiał przyprowadzenia do swojego domu Brenny. I wcale nie chodziło o jego przyjaciółkę, a raczej o resztę Hardwicków. Tak naprawdę chyba nigdy nie przedstawił swojej rodzinie jakiegokolwiek czarodzieja. Owszem, jego mama miała z nimi kontakt, w końcu ktoś musiał czuwać nad jego edukacja i tak dalej, nigdy sam z siebie nie starał się doprowadzić do spotkania kogokolwiek z dwóch światów, w których bywał. Nie zaprosił nigdy kolegów ze szkoły, potem zaś zupełnie starał się oddzielić swoje życie rodzinne i cóż. Całą jego resztę. Jakby bał się mieszanki, która miała powstać, gdyby te się połączyły.
A teraz jak się okazywało, wszystkie spotkania przychodziły w całkiem cywilizowany sposób. A świat się jeszcze nie zawalił.
Nie wiedział dokładnie, co o tym ma myśleć.
Może była to głównie zasługa Brenny, która nie miała problemu z tą całą gromada ludzi, może jego rodzice i rodzeństwo postanowiło w końcu zaakceptować to, że był jednak trochę inny i ta inność stała się jego codziennością. A może bycie tak blisko straty jednego członka rodziny sprawiło, że nagle wszyscy bali się, że niedługo może paść na kogoś innego. I tym razem może się to skończyć mniej szczęśliwie.
Westchnął znów, gdy usłyszał pytanie o nieszczęsny wypiek.
- Tak, to jej ciasteczka. Od tego czasu ma zakaz wstępu do kuchni, nawet jeśli wszystko wyszło naprawdę przypadkowo. Jest trochę, cóż, roztargniona. Ewentualnie szalona. - Posłał porozumiewawcze spojrzenie z obecną tu siostrą, która odpowiedziała mu tym samym. - Mimo to, to naprawdę świetna dziewczyna, zresztą, jak przyjedzie, to sama ocenisz - skwitował. Po czym dodał ciszej, w nawiązaniu do wybuchów... - Dla mojego komfortu psychicznego, uniknijmy jednak takiej sytuacji.
Co prawda miał tylko pójść po sztućce, w kuchni jednak stabilizował się powoli ogólny chaos, przez co znalazło się dla niego kolejne zajęcie, polegające na krojeniu warzyw do sałatki, z czego trudno się było wyłgać, gdy mierzyło go surowe spojrzenie starszej siostry. Toteż grzecznie został tam jeszcze chwilę, mając nadzieję, że Brenna jakoś sobie poradzi.
Zresztą, Abigail nie miała nic przeciwko rozmowie z kobietą, o której co nieco jednak wiedziała. Thomas był według niej najbardziej skrytym z całego rodzeństwa. Rozumiała to. Chyba najlepiej z rodziny. Było pomiędzy nimi dziesięć lat różnicy, a to oznaczało, że zawsze pamiętała brata jako czarodzieja, jak bardzo mogłoby to nie mieścić się w głowie. Może dlatego nigdy nie miała problemu z akceptacją takiego obrotu spraw, choć czasem mu zazdrościła. Kochała go jednak, wiedziała, że skoczy za nią w ogień. Dlatego nie pozwoliła mu na jakąkolwiek przerwę w kontakcie z nią, szczególnie, że ktoś musiał pomóc jej wytrwać w tym domu, gdy reszta rodzeństwa zaczęła się z niego wyprowadzać. Zasypywała więc Thomasa listami, na które ten odpowiadał, wyjawiając jej coraz więcej ze swojego życia. Prawdopodobnie tylko ona, Lizzie i Mathias wiedzieli, że musiał się przeprowadzić do znajomych. Szkoda, że nigdy nie wyciągnęła z niego, czemu tak się stało.
Widać było w każdym słowie, że ceni jednak tych swoich przyjaciół, że ma w nich jakieś wsparcie i jakoś sobie dzięki nim radzi. Cieszyła się więc, że przyszło jej poznać choć jedną z tych osób.
- Pewnie urwie mi za to głowę, że wyjawiłam ten wielki sekret, ale raczej mówił o tobie w samych superlatywach. Choć, zdarzyło mu się przytoczyć kilka zabawnych sytuacji, których jednak nie zdradzę. - Pokazała język, widać również czując się wśród Longbottom całkiem swobodnie. Choć może to przez tego skręta.
- Zastawę wybierz którą chcesz, tą najlepszą, głównie na wizytę księdza, mama trzyma gdzie indziej, więc spokojnie. Ta z kwiatkami jest ładna na przykład, dostała ją od nas na swoje pięćdziesiąte urodziny, więc może poczuje się wzruszona, skoro znów mamy ten nieszczęsny spęd, który i tak pewnie skończy się kłótnią. - Widać nie tylko Thomasa drażniła ta cała sytuacja.
Abigail sięgnęła po szklanki, które zaczęła przecierać znalezioną wcześniej ściereczką, by zaraz zacząć ustawiać je w odpowiednich miejscach na wielkim stole.
- Słuchaj, co do mojego brata… Wszystko u niego w porządku? Wiesz, w tych swoich listach zawsze pisze, że tak, opowiada o samych dobrych rzeczach, a widziałam go ostatnio na tyle, by wiedzieć, że nie dręczy go tylko choroba ojca. Czemu wyprowadził się z poprzedniego mieszkania? Wiem, że jego praca nie jest najbezpieczniejsza, ale nic się poważnego nie wydarzyło?- zapytała, wiedząc, że lepszej okazji mieć nie będzie. Zresztą, nie po to poprosiła cichaczem Marnie, by zatrzymała Thomasa w kuchni. Wiedziała, że tamta, choć nie pokazywała tego, też się o niego martwiła, choć wiedziała jeszcze mniej. I liczyła na przekazanie ewentualnych informacji.