Niewidzialne ściany miały to do siebie, że wystarczyło wyciągnięcie ręki, żeby je przełamać.
Nie chciał tego. Nie chciał, żeby Perseus zrobił teraz krok w jego kierunku, kiedy tę ścianę postawił i pokazał mu, że mógł krzyczeć, ile chciał, ale nie był w stanie zatrzymać fizycznie nikogo, kto chciałby przejąć kontrolę nad sytuacją. Bardzo nie chciał, żeby wyciągnięta do niego dłoń go złapała, żeby stracić jakiekolwiek poczucie, że jeszcze coś kontroluje. W tym strachu, który go objął, niepewności wydarzeń, nawet zapomniał się, że jednak nie powinien robić scen parę kroków za restauracją. Nie pomyślał, że Perseus mógł chcieć po prostu porozmawiać, tak jak prosił (choć Laurent to widział jako żądanie). Czarodzieje nie mogli rozmawiać swobodnie między mugolami, to tworzyło zbyt duże ryzyko przypadkowego nawet wychwycenia przez niepowołane uszy fragmentów rozmowy. Laurent był w stanie teraz myśleć tylko o tym, że całokształt zachowania Perseusa go przerażał, ale zarazem nie mógł powiedzieć, że się o niego nie troszczył, że było mu go szkoda, że... całym sobą czuł i widział smutek tego człowieka wypływający z niego bardziej wartkim nurtem niż krew z nosa. Wydawał się teraz jeszcze bardziej blady, o ile to w ogóle było możliwe.
Nie chciał tego. Nie chciał, żeby Perseus prezentował się przed nim w ten sposób. To odwracanie spojrzenia, ta nagła zmiana postawy, jakby go roztrzaskał na kawałki. To dobre uczucie. Nie! Może jednak? To, co mogło być drżeniem, stawało się wygładzonym kaszmirem w obliczu złapania za lejce. Król był nikim bez korony, ale już był kimś, kiedy zasiadł na tronie. Perseus stracił pewność siebie na rzecz Laurenta - obrzydliwa transakcja wiązana, szczególnie że Laurentowi wcale nie zrobiło się wielce lepiej. Zakwitła tylko czerwona róża w jego wnętrzu, która żywiła się tym jednym, brzydkim odczuciem. Wszystko było dobrze, jeśli tylko ktoś cię słuchał. Nic nie było dobrze, kiedy doprowadzasz drugiego człowieka do takiego stanu, w jakim znalazł się Perseus. Przecież jeszcze nie tak dawno sam sobie mówił, że to zbyt dumny człowiek, żeby ściskać go kleszczami i zmuszać do... czegoś.
Czuł się w tym kalejdoskopie coraz bardziej zagubiony. Aż brakowało mu słów. Chciał gonić swoje myśli i wymuszać na swoim mózgu stworzenie idealnej odpowiedzi do słów Perseusa, albo chociaż wymyślenia jakiegoś racjonalnego sposobu na poradzenie sobie z tą sytuacją. Nie potrafił. Wszystko się rozjeżdżało.
- Jaką... czerń. - Powinien zacząć od tego, żeby nie przepraszał? Ale przecież miał za co, tak? Mógł zachować się spokojniej? Mógł... Powinienem go przeprosić. Nie, nie przepraszaj go, przecież nie masz za co. Czyja to wina? Niczyja, rzecz ułożyła się po obu stronach. Obie strony powinny przeprosić. Laurent wyciągnął rękę do przodu w taki sposób, w jaki robił gest do niektórych istot magicznych, żeby je uspokoić i jednocześnie zatrzymać w miejscu. Przymknął powieki, starając siebie samego zebrać do kupy, chociaż wymagał tego jeszcze przed chwilą na Blacku. Za łatwo było przenieść na niego odpowiedzialność. Przecież jeszcze na to niczym nie zasłużył. Jeszcze. - Dobrze... spokojnie, nic się nie stało. Zareagowałem zbyt gwałtownie, nie mam zbyt miłych doświadczeń z takimi nagłymi zachowaniami. - Postanowił trochę wyjaśnić siebie samego, żeby Perseus nie pomyślał, że to jest stricte personalny atak. Obejrzał się teraz za siebie, na tę knajpkę i potem na uliczkę wokół nich. - Pozwól, że cię odprowadzę do twojego domku i wyjaśnisz mi na spokojnie po drodze, dobrze? - Zaproponował ostrożnie. Perseus nie był pierwszą osobą, która go ostrzegała przed fatum. Przed omenami szarpiącymi go ze wszystkich stron. Ale jeszcze nigdy nie słyszał o tym, żeby coś mu groziło przez jakąś czerń dookoła.