Sprawdzanie pulsu było przy takich osobach jak Perseus zawsze tak samo problematyczne. Jak sprawić, żeby to tętno nie rosło? Żeby serce nie waliło ci, jakby chciało wybić żebra? Jak wygrać z samym sobą i zachować spokój? Laurent nie potrafił. Ciśnienie mu już podskoczyło chwilę wcześniej, a teraz spiął się tylko bardziej. Drgnęła mu dłoń, ale nie zabrał jej od razu. Po co to robi? Był zmęczony strachem i ciągłym napięciem swojego życia. Nie chciał się bać, stresować, nie chciał obawiać innych ludzi, którzy stawali mu na drodze. Możliwość odcięcia tego uczucia od siebie byłaby najpiękniejszym z prezentów, jakie mógłby otrzymać. Czuć się przy kimś bezpiecznie - oj tak. Ciągle bezpiecznie, móc zwijać się w kokon i leżeć nie oglądając się za swoje plecy, bo ktoś obok miał oczy dookoła głowy. Móc odpocząć. Perseus też wyglądał na człowieka, który potrzebował odpocząć. Który też potrzebował ramion, które mogłyby go ochronić. Przed czym? Przed ciemnością, a ostatecznie - przed sobą samym. Pozwolił mu odmierzyć parę sekund, a ponieważ wraz z odpływającym czasem odpływała też jego odporność na to wydarzenie - cofnął rękę. Ten dotyk już nie działał tak jak kiedyś. Teraz wydawał się wręcz zły, niechciany, bo każdy centymetr skóry przesunięty jego palcami mógł zbliżać do czegoś... niedobrego. Mógł wystawiać na pokusy, których przecież OBAJ nie chcieli. Błąd! To tylko przyzwoitość trzymała ich w ryzach. Przynajmniej do czasu Windermere. Teraz jednego pchało w przód, a drugi miał ochotę uciekać i w tym scenariuszu wcale nie po to, żeby zostać złapanym.
- Wiem... - Dla kogo to była trucizna, a dla kogo lekarstwo? Mogłeś zaliczyć piękną wycieczkę do świata iluzji i fantazji, a mogłeś skończyć między koszmarami. Zapewne tu i teraz byłyby to koszmary. Skupiał wzrok na mężczyźnie przed sobą, który... nie wiedział, co mu się stało, ale mówił o swojej chorobie - więc to może to? Jakaś część niego mogłaby powiedzieć, że dobrze mu tak. Tacy jak on zasługiwali na takie chwile, bo przecież chcieli w swoich dłoniach trzymać wszystko. Żonę, dziecko, miłość najlepiej na boku! Dekorowali to ładnymi słowami, które i tak nie miały pokrycia, bo na samym końcu i tak powiedzą: bo moja partnerka... Laurent od nikogo nie wymagał zostania tylko i wyłącznie jego. Mógł mieć kiedyś takie fantazje, ale bardzo szybko je posprzątał ze swojej głowy. Zostawił tylko fantazjami. Nie musiał najwyraźniej go instruować, jak sobie poradzić z problemem, jaki nastał. Tylko obejrzał się z lekkim niepokojem na salę, czy czasem ktoś nie zauważył tej nienaturalnie czarnej krwi. Ktoś dłużej patrzył na Perseusa, chyba też zmartwiony stanem mężczyzny, ale więcej uwagi skupiło się na kelnerce sprzątającej tłuczone naczynie. To była malutka część, która broniła się przed strachem. Ta większa część była mimo wszystko zmartwiona.
- Rozmawiamy ze sobą. - Nie rozumiał do końca, o co mu chodziło, skonfundowało go to. - Perseusie, może... - Chciałbyś odpocząć, wyjść stąd, przewietrzyć się, albo potrzebował wody? Wody, nie kawy? Śniadanie całkowicie uciekło Laurentowi z głowy przy tym, co tu się działo. Za to zupełnie nie spodziewał się, że mężczyzna go złapie i wyciągnie sam na zewnątrz stąpając z takim animuszem, jakby to mu tylko dodało sił, a nie osłabiło. - Perseusie..! - Zaczynał się bardzo, BARDZO gubić. - Czy czuję się... skąd to pytanie? - Nie podobało mu się to. - Przestań... przestań mnie ciągnąć. - Szarpnął swoją ręką i zatrzymał się, robiąc dwa kroki w tył jeszcze bardziej przestraszony, ale też... zły. Mieszanka strachu rozjaśniała niektóre z fal jego oczu, ale złość barwiła je ciemną tonią. - Gdzie ty mnie chcesz ciągnąć? Sądzisz, że znamy się na tyle, żebym szedł z tobą do kolejnego ciemnego zagajnika? Szczególnie, kiedy się tak zachowujesz? - Ludzie, którzy z nim nie pracowali, nie zdawali sobie sprawy często z tego, że miękkość Laurenta potrafiła się zmienić. Tak było i w tym wypadku. - Doprowadź się do przyzwoitego porządku, Perseusie.