18.04.2024, 22:17 ✶
Rezydencja Shafiqa robiła wrażenie, chociaż charakteryzowała się również tym, co Erik zauważał w całkiem sporej części rezydencji wzniesionych przez czarodziejów czystej krwi. Wyglądała jak muzeum, niż miejsce, w którym faktycznie ktoś mieszkał i które kształtował pod swoje potrzeby i zachcianki z codziennego życia. Wnętrze było okazałe i zdecydowanie podkreślało status Anthony'ego; jego nazwisko, jego sukces, a po części nawet i zainteresowania. Czuł się, jakby zstąpił do innego świata, jednak czy faktycznie na pierwszy rzut oka nazwałby to miejsce domem?
Na pewno nie nazwałby tak parteru i ogrodu. Gdyby przemierzał kolejne pokoje i komnaty, zapewne dalej towarzyszyłoby mu poczucie, że to wszystko było pokazem - swego rodzaju spektaklem, który miał pokazać Shafiqa z jak najlepszej strony i ukazać odwiedzającym bogactwo, styl, a może nawet i ekscentryczność gospodarza. Może zdanie Longbottoma na temat wystroju posiadłości nie było zbyt pochlebne, tak nie było też tu zupełnie tragiczne. Nie było chłodno, tak jak czuł się podczas wizyty na stypie w rodowej rezydencji Malfoyów. Tam czuł się wręcz przytłoczony przepychem panującym w trzewiach budynku. Tutaj było cieplej, jednak nie powiedziałby, że z każdego kąta biło światło. Może na piętrze było inaczej?
Nie dane mu było w pełni docenić dosyć oczywistych walorów estetycznych, jakimi cechował się basen, do którego wpadł. Chociaż sam zbiornik wodny nie okazał się wyjątkowo głęboki, tak sam szok wylądowania w wodzie wystarczył, aby Longbottom kompletnie spanikował, rzucając w niebo coraz to bardziej wymyślne przekleństwa. Te, chociaż potencjalnie miały szansę dotrzeć do uszu gospodarza, ginęły pośród bębnienia deszczu o najróżniejsze powierzchnie i odległych gromów, zdających się stanowić ostrzeżenie o nadchodzącej burzy.
Jakby mogło być jeszcze gorzej, pomyślał Longbottom, gdy zdołał się w końcu wygrzebać z wody i przysiąść tuż na brzegu. Jeden z jego butów spadł mu ze stopy i teraz dryfował w basenie, poza zasięgiem jego rąk. Wyglądał tragicznie, a ta mała kąpiel wcale go nie otrzeźwiła. No, może na kilka sekund, jednak gdy pierwszy szok przeszedł, zostało tylko zimno. Cały się trząsł i próbował wycisnąć nadmiar wody z ubrań. Przez chłód zaczął szczękać zębami tak mocno, że prawie ugryzł się parę razy w język, a po ciele rozlała mu się gęsia skórka. Mimowolnie pocierał dłońmi o swoje ręce. Przez otumanienie nie wiedział za bardzo co ze sobą zrobić.
Drgnął, dopiero gdy tuż za soba usłyszał znajomy głos. Poderwał głowę, po czym odwrócił się powoli, pozwalając, aby Shafiq zobaczył go prawdopodobnie w jednej z najgorszej odsłon, jaką miał okazję, jak dotąd go ujrzeć. Mokre ubrania, odór taniego alkoholu, lepiące się do czoła włosy i twarz, która wskazywała, że miał za sobą długi dzień... I zdecydowanie nie spędził go na salonach.
— C-cóż, j-jest w w-wiosce tylko j-jeden Shafiq, j-jakiego tu z-znam — rzucił, starając się powstrzymać zgrzytanie zębów. Wycarowanie niewiedzialnego parasola przyniosło na moment ulgę, gdy krople deszczu przestały obijać się o jego ciało. Uniósł wzrok na starszego czarodzieja, zwracając większą uwagę na jego ubiór, a przede wszystkim szlafrok i obuwie. — W-wyglądasz a-a-absurdalnie, A-antoniuszu.
Inaczej tego nie potrafił nazwać, chociaż wygląd wychowanka Ravenclaw bardzo kojarzył mu się ze strojami w jakich Morfeusz zwykł czasem paradować po domu. Nie licząc tych dziwnych butów na wysokiej - i to drewnianej - podeszwie. Erik podniósł się niezgrabnie, dalej drżąc z zimna.
Na pewno nie nazwałby tak parteru i ogrodu. Gdyby przemierzał kolejne pokoje i komnaty, zapewne dalej towarzyszyłoby mu poczucie, że to wszystko było pokazem - swego rodzaju spektaklem, który miał pokazać Shafiqa z jak najlepszej strony i ukazać odwiedzającym bogactwo, styl, a może nawet i ekscentryczność gospodarza. Może zdanie Longbottoma na temat wystroju posiadłości nie było zbyt pochlebne, tak nie było też tu zupełnie tragiczne. Nie było chłodno, tak jak czuł się podczas wizyty na stypie w rodowej rezydencji Malfoyów. Tam czuł się wręcz przytłoczony przepychem panującym w trzewiach budynku. Tutaj było cieplej, jednak nie powiedziałby, że z każdego kąta biło światło. Może na piętrze było inaczej?
Nie dane mu było w pełni docenić dosyć oczywistych walorów estetycznych, jakimi cechował się basen, do którego wpadł. Chociaż sam zbiornik wodny nie okazał się wyjątkowo głęboki, tak sam szok wylądowania w wodzie wystarczył, aby Longbottom kompletnie spanikował, rzucając w niebo coraz to bardziej wymyślne przekleństwa. Te, chociaż potencjalnie miały szansę dotrzeć do uszu gospodarza, ginęły pośród bębnienia deszczu o najróżniejsze powierzchnie i odległych gromów, zdających się stanowić ostrzeżenie o nadchodzącej burzy.
Jakby mogło być jeszcze gorzej, pomyślał Longbottom, gdy zdołał się w końcu wygrzebać z wody i przysiąść tuż na brzegu. Jeden z jego butów spadł mu ze stopy i teraz dryfował w basenie, poza zasięgiem jego rąk. Wyglądał tragicznie, a ta mała kąpiel wcale go nie otrzeźwiła. No, może na kilka sekund, jednak gdy pierwszy szok przeszedł, zostało tylko zimno. Cały się trząsł i próbował wycisnąć nadmiar wody z ubrań. Przez chłód zaczął szczękać zębami tak mocno, że prawie ugryzł się parę razy w język, a po ciele rozlała mu się gęsia skórka. Mimowolnie pocierał dłońmi o swoje ręce. Przez otumanienie nie wiedział za bardzo co ze sobą zrobić.
Drgnął, dopiero gdy tuż za soba usłyszał znajomy głos. Poderwał głowę, po czym odwrócił się powoli, pozwalając, aby Shafiq zobaczył go prawdopodobnie w jednej z najgorszej odsłon, jaką miał okazję, jak dotąd go ujrzeć. Mokre ubrania, odór taniego alkoholu, lepiące się do czoła włosy i twarz, która wskazywała, że miał za sobą długi dzień... I zdecydowanie nie spędził go na salonach.
— C-cóż, j-jest w w-wiosce tylko j-jeden Shafiq, j-jakiego tu z-znam — rzucił, starając się powstrzymać zgrzytanie zębów. Wycarowanie niewiedzialnego parasola przyniosło na moment ulgę, gdy krople deszczu przestały obijać się o jego ciało. Uniósł wzrok na starszego czarodzieja, zwracając większą uwagę na jego ubiór, a przede wszystkim szlafrok i obuwie. — W-wyglądasz a-a-absurdalnie, A-antoniuszu.
Inaczej tego nie potrafił nazwać, chociaż wygląd wychowanka Ravenclaw bardzo kojarzył mu się ze strojami w jakich Morfeusz zwykł czasem paradować po domu. Nie licząc tych dziwnych butów na wysokiej - i to drewnianej - podeszwie. Erik podniósł się niezgrabnie, dalej drżąc z zimna.
the he-wolf of godric's hollow
❝On some nights, the moon thinks about ramming into Earth,
slamming into civilization like some kind of intergalactic wrecking ball.
On other nights, it's pretty content just to make werewolves.❞
❝On some nights, the moon thinks about ramming into Earth,
slamming into civilization like some kind of intergalactic wrecking ball.
On other nights, it's pretty content just to make werewolves.❞