Nie, nie był okrutny i nie powinien się tego człowieka bać. A jednak się wystraszył. Jego oczy zrobiły się większe na to napięcie na twarzy Blacka, na intensywność jego spojrzenia. Czasami w nie trzeba nic mówić - krzyk wybrzmiewał doskonałe w ciszy. Usta Perseusza były zaklęte, a Laurent nie nauczył się z nich czytać, ale i tak słyszał niemy wrzask, który tłukł szkłem. Chyba dosłownie, bo gdzie za nim pękła zastawa. Kubek, talerz? Bez różnicy. Dźwięk tak głośny w obecnej ciszy, że Laurent podskoczył niespokojnie i chciał się obejrzeć na źródło, ale nie miał odwagi. Jego głowa pokonała kawałek w tamtym kierunku i zaraz, jak leniwa sprężyna, wróciła do twarzy osoby, która zaprosiła go do stolika. Niemądrze z jego strony, bardzo nierozważnie - prowokować człowieka nad którym miał tylko złudne poczucie kontroli bo nie byl w stanie przewidzieć jego ruchów.
- N-nie kłam. - Aż się zająknął od tego napięcia, które wstrząsnęło posadami jego ziemi. Tylko trochę, odrobinę, ale wystarczająco, żeby zganić siebie samego w myślach. Ta przygana wcale nie sprawiła, żebyś wydawał się trochę mniej przestraszony. Ręce Perseusza umazane były krwią - gdybyś to wiedział to czy inaczej byś na niego spoglądał? Bez tej wiedzy widział przed sobą teraz... Nie potwora, do tego było o wiele za daleko na takie myślenie, ale ten Cień, który zawsze przemykał w kącie ludzkiego oka. Cień, który sprawiał, że oglądałeś się za siebie tylko po to żeby się przekonać, że tam niczego nie ma. Dziwne, bo przecież dałbyś przysiąc, że coś widziałeś. To ten sam cień który spoglądał na ciebie z piwnicy domu. Całkowity mrok, który tam był nawet po zapaleniu światła. Ten Mrok teraz siedział przed nim i chciał udawać, że wszystko jest w porządku.
- Nie wiem, na kogo zasługuje Vespera. - Laurent starał się sprawiedliwie traktować wszystkich ludzi, każdemu dawać szansę. Nie dawać się omamić opiniami tłumów i gazet bo rozumiał, jak wiele rzeczy było w tym świecie na pokaz. A jednak nawet on nie był święty i miał uprzedzenia. Na przykład chociaż nie powiedziałby, że żywi do Perseusa miłość to powiedziałby, że jest o Vezpere zazdrosny, nawet zły o ten ślub. Przez to nie był pewien, czy mógłby ją polubić. Od tego punktu było jeszcze kawałek do sądzenia, że ta kobieta na coś nie zasługuje. Nie dopowiadał następnych słów od razu, bo zamyślił się nad tym, co usłyszał. Gnanie za niemożliwą miłością. Co mógłby powiedzieć temu człowiekowi, żeby go zatrzymać w tych uczuciach, których teraz nie chciał, których się bał? Napiął się nieco pod wpływem jego dotyku, ale nie cofnął dłoni. - W dzisiejszych czasach mam poczucie, że najcenniejszą osobą przy tobie jest osoba, przy której możesz być sobą. Jeśli Vespera może być sobą pryz tobie to chyba dostaje wystarczająco wiele. - Czy sam w to wierzył? Nie był pewien, ale chciał jakoś... Pocieszyć tego człowieka. Był tak cholernie smutny, że serce się krajało.
- ... Tak. Długo. - Powiedział to ciszej, jakby to był jakiś sekret. Chyba nie był. - Może kiedyś. - Albo nigdy, bo przecież nie mógł mu ufać. Wszystko, co mówił, mogło zostać przez tego człowieka obrócone przeciwko niemu. Chciał dalej pociągnąć temat - wyjaśnić, że skąd, że chciał tylko wziąć Perseusa z zaskoczenia, żeby przestał mieć taki smutny wyrazz twarzy - i to się nawet udało! Udało... Prawie udało.
- Perseusie! - Zerwał się ze swojego miejsca i zaraz znalazł przy mężczyźnie, łapiąc jego ramiona delikatnie żeby go podtrzymywać, gdyby ten miał zaraz zsunąć się w dół... Nie. Nie zerwał się z miejsca. Siedział tam, gdzie siedział nadal, ale był do tego przez moment gotów. Perseus nawet sprawiał wrażenie jakby miał spaść z tego krzesła. Krew na jego skórze... Coś, co powinno go obrzydzić, odtrącić... A zamiast tego wyciągnął dłoń do jego twarzy, pochylając się nad stołem, żeby otrzeć ją kciukiem po oparciu dłoni na jego policzku. Zaraz rękę cofnął. Nie chciał, żeby wyglądało to dla postronnych niejednoznacznie po jego głośnym zawołaniu imienia tego człowieka. Było w tym miejscu wiele rzeczy do powiedzenia, a zamiast tego Laurent miał wrażenie, że sam się zapętlił między światem, gdzie był ideałem a tym, w którym miał ochotę przeciągnąć tą krew jak pomadką przez swoje usta. - Nic ci nie jest? Jeśli czujesz się słabo mogę cię odprowadzić.