16.04.2024, 13:33 ✶
Onyks tęczówek Perseusa ponownie wypełnił jadeitowy blask. Czy to słońce zwróciło ku niemu swą tarczę i czule oblało go swoimi promieniami? Tak, pod warunkiem, że słońcem tym był Laurent Prewett; anioł, który wyrwał się z płótna największych mistrzów, niebiańskie stworzenie, które uciekło spod dłuta najznamienitszych twórców. Jego piękno zapierało dech w piersiach, obcowanie z nim sprawiało niemalże fizyczny ból, a mimo to Perseus chciał być blisko niego, rzucać mu do stóp diamenty i perły, nawet jeśli blask bijący od tej istoty miałby go oślepić. A niechże i tak się stanie! Niech bielmo zasłoni jego oczy! Niech świat pochłonie czerń, jeśli tylko w ostatniej chwili będzie mógł podziwiać seraficzne lico Laurenta, karmić się oniricznymi fantazjami. Śnić na jawie o skrzydłach przetykananych srebrzystymi kroplami porannej rosy.
Zbyt długo żyłem w ciemności, daj mi, błagam, choć odrobinę twojego światła, jedną najmniejszą iskrę; panuje tu przenikliwy chłód zimowego przesilenia, a ty jesteś latem, mysłał rozgorączkowany, obserwując białą sylwetkę zmierzająca w jego stronę, serce gwałtownie przyspieszyło, aż w skroniach czuł pulsowanie własnej krwi.
— Proszę — odpowiedział ochryple, aż jemu samemu trudno było odgadnąć, czy zaprasza Laurenta, czy też błaga, by z nim został. Być może obie te rzeczy naraz. Nigdy bowiem nie czuł się bardziej samotny, niż pośród ludzi; dobrze wówczas było mieć obok siebie życzliwą duszę. Taką, która rozumie go ponad tym, co wypowiedziane, głębiej od tego, co można poznać zmysłami.
Bolało go nagłe zdystansowanie Prewetta. Strach migoczący w kącikach lazuru. Jakby był rannym zwierzciem, a on kłusownikiem. Może to i lepiej, tłumaczył to sobie. Poprzedniego wieczora modlił się przecież, by zdusić to wszystko zanim eskaluje i pochłonie ich obu.
Perseus nigdy nie przepadał za swoim imieniem. Uważał je za przerost formy nad treścią – daleko mu bowiem do herosa, po którym je nosił. Nie był w stanie nawet utrzymać swoich emocji w rydzach, a co dopiero zabić Medusę i pokonać morskiego potwora! Ale w ustach Laurenta brzmiało ono zupełnie inaczej. Ciepło. Dostojnie. Przyjemnie. Pragnął spijać je z tych warg w kolorze płatków dzikiej róży, które pod koniec maja otaczają dogę prowadzącą do Lecznicy.
— Dzień dobry, Laurencie — odpowiedział z uśmiechem, który zaraz potem zgasł na dźwięk imienia żony. Wyprostował się, uciekł spojrzeniem. Nie wiedział, co miał mu na to odpowiedzieć. Jak przekazać wszystkie swoje uczucia, całą paletę emocji, którą nieostrożny malarz wytrącił z rąk i teraz kotłowała się w jego wnętrzu. Chciał do niej wrócić. Nie chciał zostawiać Laurenta. Było mu wstyd, i był zbyt dumny. Bał się, że po tym, co powiedział zaledwie kilkanaście godzin wcześniej, nie będzie mógł ponownie spojrzeć jej w oczy. Że ich związek nie będzie już taki sam; teraz, gdy zdał sobie sprawę z tego, jakie uczucia żywi względem Laurenta.
— Plany się zmieniły — odparł najbardziej dyplomatycznie, jak tylko mógł — Zjesz ze mną śniadanie?
Zbyt długo żyłem w ciemności, daj mi, błagam, choć odrobinę twojego światła, jedną najmniejszą iskrę; panuje tu przenikliwy chłód zimowego przesilenia, a ty jesteś latem, mysłał rozgorączkowany, obserwując białą sylwetkę zmierzająca w jego stronę, serce gwałtownie przyspieszyło, aż w skroniach czuł pulsowanie własnej krwi.
— Proszę — odpowiedział ochryple, aż jemu samemu trudno było odgadnąć, czy zaprasza Laurenta, czy też błaga, by z nim został. Być może obie te rzeczy naraz. Nigdy bowiem nie czuł się bardziej samotny, niż pośród ludzi; dobrze wówczas było mieć obok siebie życzliwą duszę. Taką, która rozumie go ponad tym, co wypowiedziane, głębiej od tego, co można poznać zmysłami.
Bolało go nagłe zdystansowanie Prewetta. Strach migoczący w kącikach lazuru. Jakby był rannym zwierzciem, a on kłusownikiem. Może to i lepiej, tłumaczył to sobie. Poprzedniego wieczora modlił się przecież, by zdusić to wszystko zanim eskaluje i pochłonie ich obu.
Perseus nigdy nie przepadał za swoim imieniem. Uważał je za przerost formy nad treścią – daleko mu bowiem do herosa, po którym je nosił. Nie był w stanie nawet utrzymać swoich emocji w rydzach, a co dopiero zabić Medusę i pokonać morskiego potwora! Ale w ustach Laurenta brzmiało ono zupełnie inaczej. Ciepło. Dostojnie. Przyjemnie. Pragnął spijać je z tych warg w kolorze płatków dzikiej róży, które pod koniec maja otaczają dogę prowadzącą do Lecznicy.
— Dzień dobry, Laurencie — odpowiedział z uśmiechem, który zaraz potem zgasł na dźwięk imienia żony. Wyprostował się, uciekł spojrzeniem. Nie wiedział, co miał mu na to odpowiedzieć. Jak przekazać wszystkie swoje uczucia, całą paletę emocji, którą nieostrożny malarz wytrącił z rąk i teraz kotłowała się w jego wnętrzu. Chciał do niej wrócić. Nie chciał zostawiać Laurenta. Było mu wstyd, i był zbyt dumny. Bał się, że po tym, co powiedział zaledwie kilkanaście godzin wcześniej, nie będzie mógł ponownie spojrzeć jej w oczy. Że ich związek nie będzie już taki sam; teraz, gdy zdał sobie sprawę z tego, jakie uczucia żywi względem Laurenta.
— Plany się zmieniły — odparł najbardziej dyplomatycznie, jak tylko mógł — Zjesz ze mną śniadanie?
![[Obrazek: 2eLtgy5.png]](https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=2eLtgy5.png)
if i can't find peace, give me a bitter glory