Początkowo nie odpowiedział. Przeszli przez bramę z brzóz i świerków, która prowadziła ku rozległej polanie, gdzie wytyczono piaszczyste boisko do siatkówki, kilka stolików piknikowych i altankę do tańczenia. Dalej, zaczynała się plaża, jeszcze pusta o tej porze dnia, poza jedną starszą parą; mężczyzna rozkładał koc na piasku, a kobieta smarowała skórę olejkiem do opalania. Oboje byli pomarszczeni jak śliwki i wyraźnie zadowoleni z życia. Budleja z włosów Morpheusa rozsypała się prawie całkowicie, jak śnieg zdobiąc dokładnie ułożone na żel kosmyki oraz na ramionach białej koszuli.
Wieszcz wyjął gałązkę, wygładził fryzurę i wyrzucił ją w krzaki.
— Chciałem oszczędzić panu próbowania każdego owocu przed trucizną lub wyrzucania ich. Mistrz Dolohov nie jest moim przyjacielem, panie Trelawney, wie pan o tym, jeśli o mnie wspominał — Morpheus uśmiechnął się szerzej do wróżbity, a chociaż nie był animagiem, jak spora część jego rodziny, która przemieniała się w psowate, to jednak gdzieś i w nim musiał istnieć ten gen predyspozycji, bo zdawało się, że błyszczał się zbyt wieloma zębami. Może jednak to była tylko ułuda tego miejsca tak jak zakrwawione dziąsła. Nie mógł się przecież mu przyjrzeć, bo uśmiech szybko zgasł. Szczwany lis Apollina.
Musiał przełknąć złotą zawiść Eris. Nie zamierzał być Parysem, który wybierając najpiękniejszą kobietę, skazał całą nację na śmierć, nie zamierzał być Menelaosem, który wybił tysiące i poświęcił tysiące w imię porwanej żony. Nie chciał być również Heleną Spartańską, która zmienia swoje przydomki, której motywy i głos są uciszone, a która patrzy na wojnę wypowiedzianą w jej imieniu z uśmiechem, ze swojego tronu. Nie zamierzał również umierać, jak Patroclus, za ideę. Napisał przecież Vakelowi, nie będzie jego Eurydyką, bo on nigdy nie zszedłby po niego do Hadesu.
Czy poszedłby po Peregrinusa? Ta myśl wżarła się w jego umysł, niczym czerw, drążąc tunele i zmieniając go w bezwolne zwierze kierowane zazdrością. Żar płonął w nim, nienawiść. Nie wiedział, czy w tym momencie pożąda Trelawneya dlatego, że należał do Vakela czy dlatego, że chciał mu go odebrać czy udowodnić, że też może go mieć. Zdziwiło go to, dlatego, że dopiero na końcu rozmowy pomyślał, że przecież mogli się nim podzielić. Morpheus nie był zazdrosnym bogiem.
A jednak.
Wszystko w nim przeczyło temu stwierdzeniu.
— U boku mistrza widzi się świat wysoko, ten zapierający dech w piersiach widok. Jednak dopiero, gdy samemu się nim stanie, można zanurzyć się w głębiny, w największe lęki i największą nagrodę. Żegnaj Peregrinusie.
Ostatnie muśnięcie dotyku, ułożenie dłoni na ramieniu czarodzieja w pożegnaniu, dłoni lodowatej, a zarazem parzącej. Longbottom należał do osób dotykających innych, które ignorowały przestrzeń osobistą. A jasnowidza chciał dotykać. W ten lub w inny sposób.
Powiedział i podążył w stronę jeziora, nie oglądając się za siebie. Zdjął obuwie, gdy dotarł do plaży, zostawił je równiutko, razem z koszulą i spodniami, które zdjął, złożonymi w kostkę. Pozostał jedynie w bieliźnie oraz ze skórzanym ochraniaczem na przedramieniu, który dla mugoli wyglądał jak opatrunek, a tak naprawdę krył w sobie różdżkę maga i wszedł do wody. Woda wybaczała, woda koiła. Zamierzał zanurzyć się w wielkie nieznane. Tam, gdzie sam był sobie mistrzem. Gdzie nie mogły go znaleźć dawno utopione uczucia. Gdzie nie było Vakela, Peregrinusa. Był tylko on sam.