Ludzie sami w sobie byli jak książki i Laurent je uwielbiał czytać. Poznawać. Nazwanie tego rozczytywaniem było ładnym ujęciem tego, że Laurent trzymał w dłoniach łuk, wybierał dwa cele z możliwych i postanawiał strzelić w ten, który wydawał mu się najbardziej prawdopodobny. Pomylił się? Trudno. Nie bał się pomyłek. Udało się? Świetnie, więc mógł wziąć kolejną strzałę i dalej mierzyć. Wystarczyło słuchać drugiej osoby, a kiedy już byłeś zaproszony do jej domu..! Hooo! Laurent założyłby się, że nie znając kogoś, a mając dostęp do jego domu, rozpisałby jego osobowość. Na pewno nie w stu procentach, na pewno byłyby pomyłki, aż tak pewny siebie nie był, jednocześnie tej pewności wystarczyło, żeby być pewnym powodzenia. Kiedy rozmawiał z Esme zostało to nazwane wiwisekcją żywych. Ludzie byli jak książki, byli jak puzzle, a w końcu byli ciałami składającymi się z wielu elementów, klocków. Ludzie tacy jak Erik Longbottom czy Louvain Lestrange byli doświadczeni w tym, żeby pokazywać światu odpowiednią dawkę tego, co przedstawić chcieli i chować swoje tajemnice tam, gdzie powinny być przeznaczone do użytku prywatnego. Widział to po Philipie najlepiej, a Erik zaprezentował mu tą mieszankę na urodzinach Nory.
- Uważaj proszę na ruchy, Isaacu. - Automatycznie lekko przechylił głowę, czując przyjemny dreszcz na skórze od dotyku mężczyzny. - Jeśli chcesz rozmawiać. - Tak pół żartem, pół na poważnie - przy tych czułych gestach za łatwo było stracić ponownie głowę. W każdym razie - czy wiedział, jak podsycić ciekawość? Bardziej błądził i właściwie to zrobił błąd, z którego chciał wybrnąć. Bo dopiero po tym, jak zdradził, że jest jeszcze jeden sekret, jak oczy Isaaca rozbłysły, to uświadomił sobie, co niebezpiecznego we własnym mniemaniu zrobił. Dalsza część była tylko śliczną zagrywką, żeby pozostać w grze, a żeby Isaac poczuł, że zyskał odpowiedź, która nie wymagała jego personalnego drążenia. Tacy ludzie byli niebezpieczni. Bardzo niebezpieczni. Mogli dokopać się do rzeczy, które powinny być pogrzebane i martwe.
- Pochlebiasz mi. - Uśmiechnął się wdzięcznie na te komplementy o magiczności i o tym, że pomyślałby o nim jak o willi. Te kobiety zazwyczaj źle się kojarzyły. Gorzej niż syreny. Jeszcze bardziej uwodzicielsko, jako mącące w umysłach... a z drugiej strony przedstawiały się jak mokre sny każdego mężczyzny szukającego swojego ideału z bajki. - Dziękuję. - Podniósł się i razem ze swoim śniadaniem i kawą wyszedł na ogród, rozglądając się po budzącej się do życia okolicy. Ciepłej i przyjemnej, szczególnie po wczorajszym deszczu. - Zawiodę cię jednak, bo chociaż niezwykle mi miło, że przynoszę ci odświeżenie, to obawiam się, że nie na długo. Nie mam za bardzo czym zaskakiwać. Chyba wyrzuciłem już wszystkie karty z rękawa. - Komplementy trzeba potrafić przyjmować, ale czasem lepiej je nieco obniżyć, szczególnie kiedy pojawiał się ten element ciekawości.
- Zgodzę się, pieczywo w Polsce było naprawdę dobre. - Skinął głową z zastanowieniem i lekkim zaskoczeniem, że akurat pieczywo przywołał... ale zaskoczony był dlatego, że się zgadzał. Rękę do drożdży ten naród miał, nie tylko do koni. Najwyraźniej do wszystkiego, co potrzebowało silniejszej ręki... Może powinienem tam wrócić poszukać sobie kochanka. Uśmiechnął się leciutko pod nosem, zajmując miejsce przy stoliku, żeby zacząć jeść. Nawet z apetytem. Po prostu było to magiczne, że jak ktoś ci robił tak OD SERCA to wszystko smakowało świetnie. - Jakimś dziwnym losem loteryjnym. - Lekko poruszył w powietrzu dłonią dając znać, że to nie jest ciekawa opowieść. - Bardzo dużo pytań z różnych kategorii. - Łączących się ze sobą w ciągu, ale jednocześnie z innych parafii. - Nie, nie znalazłem dla ojca konia, a teraz nie mam czasu go szukać. - W końcu się ten czas znajdzie, miał taką nadzieje. Mógł go nawet wyrwać ze swojego życiorysu i go znaleźć, ale nie chciał. - ... i nie. Edward Prewett nie jest selkie. Jego kochanka nią była. - Na ostatnie pytanie odpowiedział z lekkim zawahaniem, bo chociaż to nie była żadna wielka tajemnica, to też nie był jego ulubiony temat. - Isaacu. - Położył widelec po kilku kęsach, żeby ująć w dłoń filiżnakę z kawą i unieść wzrok na rozmówcę. - Sądzisz, że człowiek powinien być rozliczany po nazwisku, jakie nosi?