10.04.2024, 15:02 ✶
- Ty, przynajmniej kilka razy - przytaknęła Brenna. Sama siebie nie uważała za jakoś szczególnie niepokorną, była po prostu osobą, której bardzo ciężko było usiedzieć na miejscu i utrzymać się z boku. I nie bała się mówić do ludzi. Które z nich miało rację? To już mogli osądzić tylko inni ludzie...
A ja jestem wściekle pewny, że jakoś byś to sobie przetłumaczyła i uznała, że to najlepsze rozwiązanie z możliwych.
- Erik, wcale nie spieszę się do popełniania samobójstwa – powiedziała, szczerze nawet, bo to przecież nie tak, że chciała umrzeć. Ale i nie wiedziała, o czym śnił dokładnie: nie miała pojęcia, co stało się w tym śnie. Wcale nie chciałaby umierać na darmo, zawsze robiła wszystko, by przeżyć, nie zostałaby z tyłu tylko po to, by da się zabić, bo była zbyt dumna na ucieczkę. Ale aby osłaniać ewakuację? Ktoś musiał to robić, a w takim wypadku kto z Ministerstwa miałby zostać z tyłu, jeśli nie pracownicy Brygady i aurorzy...? To przecież nie byłoby nawet coś, co bohatersko by wybrała: to byłoby coś, czego wszyscy by oczekiwali, nie tylko od niej, a od tych starszych stażem pracowników, wyszkolonych przecież właśnie do w a l k i.
Milczała przez chwilę, zastanawiając się, jak zareagowałaby na jego miejscu: gdyby to ona sądziła, że straciła brata. Ze wszystkich ludzi, których kochała, a było ich przecież wielu, nie było ważniejszego od Erika. Jego śmierć złamałaby ją na więcej niż jeden sposób.
A jednocześnie może paradoksalnie byłoby jej łatwiej niż jemu.
Bo chociaż nie przewidziała horroru Beltane i tego, że Voldemort sięgnie po moc spoza tego świata, to w jakiejś części spodziewała się, że wszystko będzie biegło tą samą drogą, co wtedy, gdy do władzy dochodził Grindewald. Że będą ginęli kolejni ludzie, że godziny ich pracy będą się wydłużać, że prędzej czy później zaczną tracić bliskich, że przyjdzie dzień, gdy istnienie Zakonu wyjdzie na jaw, a wtedy znajdą się na celowniku Voldemorta, Ministerstwo zaś zacznie patrzyć na nich nieprzychylnym okiem – bo byli tam ludzie oddani Voldemortowi i tacy, którym z kolei nie spodoba się, że ktoś ma dwóch panów.
Myśl o tym, że nie wszyscy zobaczą koniec tej wojny, towarzyszyła jej od tak dawna, że zdążyła może nie się z nią pogodzić, ale do niej nawyknąć.
– Jestem więcej niż pewna, że nie odwali się nic takiego, jak w moich snach. I przykro mi, że ty śniłeś o czymś takim – powiedziała w końcu, unosząc dłonie, by na moment ująć w nie jego twarz. – I nie mogę ci obiecać, że Voldemort nie wygra. Ale robimy, co możemy, żeby tak się nie stało, a to, co widziałeś, było tylko koszmarną wizją.
Nie oznaczało to, że nie mogła się ziścić. Gdzieś tam przed nimi były dziesiątki wersji możliwej przyszłości, i pewnie na większości z nich Brenna kończyła martwa, a były i takie, gdzie martwy kończył on. I może to, że Erik tak bardzo wypierał tę możliwość sprawiało, że ten sen wstrząsnął nim do głębi, że upierał się, że był prawdą – jakby liczył, że… Brenna sama nie była pewna, na co dokładnie. Że się wycofa, z pracy, z Zakonu, żeby to się nie ziściło?
Czego właściwie ode mnie oczekujesz, Erik?
Nie zapytała jednak, opuściła po prostu ręce. Bo brat chyba sam tego nie wiedział: a jeżeli były rzeczy, o które chciał prosić, to pewnie na żadną z nich nie mogłaby się zgodzić.
A ja jestem wściekle pewny, że jakoś byś to sobie przetłumaczyła i uznała, że to najlepsze rozwiązanie z możliwych.
- Erik, wcale nie spieszę się do popełniania samobójstwa – powiedziała, szczerze nawet, bo to przecież nie tak, że chciała umrzeć. Ale i nie wiedziała, o czym śnił dokładnie: nie miała pojęcia, co stało się w tym śnie. Wcale nie chciałaby umierać na darmo, zawsze robiła wszystko, by przeżyć, nie zostałaby z tyłu tylko po to, by da się zabić, bo była zbyt dumna na ucieczkę. Ale aby osłaniać ewakuację? Ktoś musiał to robić, a w takim wypadku kto z Ministerstwa miałby zostać z tyłu, jeśli nie pracownicy Brygady i aurorzy...? To przecież nie byłoby nawet coś, co bohatersko by wybrała: to byłoby coś, czego wszyscy by oczekiwali, nie tylko od niej, a od tych starszych stażem pracowników, wyszkolonych przecież właśnie do w a l k i.
Milczała przez chwilę, zastanawiając się, jak zareagowałaby na jego miejscu: gdyby to ona sądziła, że straciła brata. Ze wszystkich ludzi, których kochała, a było ich przecież wielu, nie było ważniejszego od Erika. Jego śmierć złamałaby ją na więcej niż jeden sposób.
A jednocześnie może paradoksalnie byłoby jej łatwiej niż jemu.
Bo chociaż nie przewidziała horroru Beltane i tego, że Voldemort sięgnie po moc spoza tego świata, to w jakiejś części spodziewała się, że wszystko będzie biegło tą samą drogą, co wtedy, gdy do władzy dochodził Grindewald. Że będą ginęli kolejni ludzie, że godziny ich pracy będą się wydłużać, że prędzej czy później zaczną tracić bliskich, że przyjdzie dzień, gdy istnienie Zakonu wyjdzie na jaw, a wtedy znajdą się na celowniku Voldemorta, Ministerstwo zaś zacznie patrzyć na nich nieprzychylnym okiem – bo byli tam ludzie oddani Voldemortowi i tacy, którym z kolei nie spodoba się, że ktoś ma dwóch panów.
Myśl o tym, że nie wszyscy zobaczą koniec tej wojny, towarzyszyła jej od tak dawna, że zdążyła może nie się z nią pogodzić, ale do niej nawyknąć.
– Jestem więcej niż pewna, że nie odwali się nic takiego, jak w moich snach. I przykro mi, że ty śniłeś o czymś takim – powiedziała w końcu, unosząc dłonie, by na moment ująć w nie jego twarz. – I nie mogę ci obiecać, że Voldemort nie wygra. Ale robimy, co możemy, żeby tak się nie stało, a to, co widziałeś, było tylko koszmarną wizją.
Nie oznaczało to, że nie mogła się ziścić. Gdzieś tam przed nimi były dziesiątki wersji możliwej przyszłości, i pewnie na większości z nich Brenna kończyła martwa, a były i takie, gdzie martwy kończył on. I może to, że Erik tak bardzo wypierał tę możliwość sprawiało, że ten sen wstrząsnął nim do głębi, że upierał się, że był prawdą – jakby liczył, że… Brenna sama nie była pewna, na co dokładnie. Że się wycofa, z pracy, z Zakonu, żeby to się nie ziściło?
Czego właściwie ode mnie oczekujesz, Erik?
Nie zapytała jednak, opuściła po prostu ręce. Bo brat chyba sam tego nie wiedział: a jeżeli były rzeczy, o które chciał prosić, to pewnie na żadną z nich nie mogłaby się zgodzić.
Don't promise to live forever. Promise to forever live while you're alive.