10.04.2024, 04:16 ✶
Może i reagowała na sprawy limbo wycofaniem i brakiem większego zainteresowania, ale nie zamierzała się do tego wprost przed nim przyznawać, ani też chwalić tym, że po nocach nie mogła spać między innymi dlatego, co jej się śniło. Ale jej puste spojrzenie i brak pytań nie były tylko wynikiem tego, jak właściwie podchodziła do samego przekleństwa, którym obdarzyła ją matka, a też do tego z kim rozmawiała. Louvain przez sam fakt bycia sobą nie mógł wykrzesać od niej chociaż iskry autentycznego zaciekawienia, a przecież była w stanie do czegoś takiego, jeśli chodziło limbo. Dostał to od niech chociażby Theon. Różnica jednak była taka, że Traversa zwyczajnie by żałowała, gdyby go to bycie zimnym wykończyło, Lestrange'a natomiast wcale.
Ale jej ciekawość wzbudzało teraz coś innego, a mianowicie to, jak towarzyszący jej mężczyzna powoli się wyciszał. Z każdą kolejną chwilę, w miarę jak trzymany przez niego papieros wypalał się, robił się coraz bardziej poważny. Ona natomiast, zyskiwała na nieco nerwowej nonszalancji.
- Musisz się trochę rozluźnić, wiesz? - zagaiła, drepcząc trochę z nogi na nogę. - Albo raczej przestać wyglądać, jakbyś już tonął, nawet jeśli nawet nie wszedłeś jeszcze do wody dalej jak po kolana - wyraziła swoją opinię nieco protekcjonalnym tonem, ale na jej twarzy pojawił się delikatny, cwaniacki uśmieszek. Dopaliła swojego papierosa i idąc za jego śladem, ciepnęła go w mech i przydeptała obcasem. - Tylko się nie wygłupiaj, błagam. Ani nie groź jej niczym, bo może i wy wszyscy - to jest wszyscy, którzy nie mieli jej w rodzinie, albo nie posiadali podobnego jej daru. - Myślicie że to wariatka, ale założę się, że jeden nieodpowiedni ruch skończy się tym, że w najlepszym razie wylądujemy za drzwiami chatki bez mrugnięcia okiem - pokiwała przy tym głową, jakby chcąc go tylko mocniej zapewnić o swoich słowach.
Pomoc, to brzmiało tak zabawnie, kiedy mówił to, a co dopiero w jej kontekście. Nie uważała się za specjalnego asa, jeśli chodziło o pomoc w ogarnianiu niektórych rzeczy, ale na ten moment wystarczyło jej, że szanowny panicz Lestrange w jej głowie powiedział jej, że jest na tyle głupi że sobie nie poradzi.
Rozważania na temat tego co zrobi, kiedy się rozczaruje uzyskanymi odpowiedziami, postanowiła zostawić sobie na późniejszy termin.
Spojrzała na niego, jakby był trochę niepoważny, bo doprawdy, tak jakby nie słyszał co właśnie mu powiedziała. Wskazała nawet na swoją twarz, teraz trochę wykrzywioną delikatnym zniesmaczeniem.
- Wszystkie moje maski, wykorzystują to co mi mama przy narodzinach dała. Twoja by to tylko brzydko zasłaniała - brzmiało to głupiutko, ale szczerze to nie rozumiała tych głupich przebieranek, które odprawiali jemu podobni. No bo serio, odrobinę chociaż odwagi, a przynajmniej miała zamiar zarzucać to jemu i absolutnie nikomu, kto był bliski jej sercu i bawił się w takie akcje.
- Tak za rękę? - parsknęła, spoglądając na ich złączone dłonie, kiedy pociągnął ją za sobą. - Może w ogóle weź mnie na ręce, wtedy na pewno dotrzemy do chatki cali i zdrowi - w jej głosie dało się wyłapać przewrotną kpinę. Szybko też, zamiast podążać za nim pół kroku z tyłu, tak jak kiedy tylko ruszyli, zrównała się z nim krokiem. - Tu w lewo, tak myślę - pociągnęła go we wskazaną przez siebie stronę. Ścieżki prowadzące do chatki Szeptuchy mieszały się i próbowały zgubić odwiedzających, ale o tyle o ile łatwo było im to zrobić z całkiem przypadkowymi osobami, tak ci który już kiedyś tu byli, mieli większe szanse. A właśnie taką osobą była Rosie.
Ale jej ciekawość wzbudzało teraz coś innego, a mianowicie to, jak towarzyszący jej mężczyzna powoli się wyciszał. Z każdą kolejną chwilę, w miarę jak trzymany przez niego papieros wypalał się, robił się coraz bardziej poważny. Ona natomiast, zyskiwała na nieco nerwowej nonszalancji.
- Musisz się trochę rozluźnić, wiesz? - zagaiła, drepcząc trochę z nogi na nogę. - Albo raczej przestać wyglądać, jakbyś już tonął, nawet jeśli nawet nie wszedłeś jeszcze do wody dalej jak po kolana - wyraziła swoją opinię nieco protekcjonalnym tonem, ale na jej twarzy pojawił się delikatny, cwaniacki uśmieszek. Dopaliła swojego papierosa i idąc za jego śladem, ciepnęła go w mech i przydeptała obcasem. - Tylko się nie wygłupiaj, błagam. Ani nie groź jej niczym, bo może i wy wszyscy - to jest wszyscy, którzy nie mieli jej w rodzinie, albo nie posiadali podobnego jej daru. - Myślicie że to wariatka, ale założę się, że jeden nieodpowiedni ruch skończy się tym, że w najlepszym razie wylądujemy za drzwiami chatki bez mrugnięcia okiem - pokiwała przy tym głową, jakby chcąc go tylko mocniej zapewnić o swoich słowach.
Pomoc, to brzmiało tak zabawnie, kiedy mówił to, a co dopiero w jej kontekście. Nie uważała się za specjalnego asa, jeśli chodziło o pomoc w ogarnianiu niektórych rzeczy, ale na ten moment wystarczyło jej, że szanowny panicz Lestrange w jej głowie powiedział jej, że jest na tyle głupi że sobie nie poradzi.
Rozważania na temat tego co zrobi, kiedy się rozczaruje uzyskanymi odpowiedziami, postanowiła zostawić sobie na późniejszy termin.
Spojrzała na niego, jakby był trochę niepoważny, bo doprawdy, tak jakby nie słyszał co właśnie mu powiedziała. Wskazała nawet na swoją twarz, teraz trochę wykrzywioną delikatnym zniesmaczeniem.
- Wszystkie moje maski, wykorzystują to co mi mama przy narodzinach dała. Twoja by to tylko brzydko zasłaniała - brzmiało to głupiutko, ale szczerze to nie rozumiała tych głupich przebieranek, które odprawiali jemu podobni. No bo serio, odrobinę chociaż odwagi, a przynajmniej miała zamiar zarzucać to jemu i absolutnie nikomu, kto był bliski jej sercu i bawił się w takie akcje.
- Tak za rękę? - parsknęła, spoglądając na ich złączone dłonie, kiedy pociągnął ją za sobą. - Może w ogóle weź mnie na ręce, wtedy na pewno dotrzemy do chatki cali i zdrowi - w jej głosie dało się wyłapać przewrotną kpinę. Szybko też, zamiast podążać za nim pół kroku z tyłu, tak jak kiedy tylko ruszyli, zrównała się z nim krokiem. - Tu w lewo, tak myślę - pociągnęła go we wskazaną przez siebie stronę. Ścieżki prowadzące do chatki Szeptuchy mieszały się i próbowały zgubić odwiedzających, ale o tyle o ile łatwo było im to zrobić z całkiem przypadkowymi osobami, tak ci który już kiedyś tu byli, mieli większe szanse. A właśnie taką osobą była Rosie.
she was a gentle
sort of horror
sort of horror