10.04.2024, 01:59 ✶
Kiedy mówił: "jestem tutaj tylko dlatego, że tak postanowiłaś", nie myślał o małym domku letniskowym nad jeziorem Windermere, Londynie, czy Francji. Myślał o tym, że jego "jestem" nie odnosi się do konkretnego miejsca. Jego "jestem" oznacza po prostu: "żyję".
Żyję tylko dlatego, że tak postanowiłaś.
Myślał przez chwilę, że może powinien użyć innych słów, ale znów: w mniemaniu Alexa, nie było nikogo, kto dobierałby słowa lepiej od Ambrosii; nikogo, kto wypowiadałby się piękniej od niej, kto mówiłby mądrzej. McKinnon była najbardziej inteligentną kobietą, jaką znał: miała wyjątkową intuicję, tak, jakby sam los wybrał ją na swoją ulubienicę, i szeptał jej do ucha sekrety. Alex też to robił: szeptał, potykając się o kanciaste słowa, i mówił, długo, urywanie, bo nie potrafił nigdy wytłumaczyć, co siedzi w jego głowie: Ambrosia nadawała sens jego myślom, tak, jak i jego życiu.
Kiedy Alexander mówił: "jestem tutaj tylko dlatego, że tak postanowiłaś", nie myślał o Windermere. Myślał o tym, że tonąc, pamiętałby tylko o oczach zieleńszych od toni każdego jeziora.
Chętnie by dla niej, cholera, umarł, zginął za nią, a ona na przekór kazała mu żyć: ona i jej oczy, które wpatrywały się w niego ze ślepym uwielbieniem i wyrzutem jednocześnie.
Bardzo nie chciał, by z jego powodu znowu widniały w nich łzy, dlatego odsuwał od siebie natrętne myśli. Skupiał się na tym, co było przed nim: na tym, że Ambrosia była obok niego, jaśniejsza niż słońce zalewające swymi promieniami pokój, a on chciał patrzeć jej prosto w twarz, nie mrużąc ani na chwilę oczu.
Jak chcesz pokazać jej prawdziwą siłę. Prawdziwą męskość. To nie graj z nią w te gierki, usłyszał głos Eryka, bo przez chwilę, kiedy mówiła mu, że "musi być bardziej stanowczy". Nie czuł teraz jednak niepewności: rozumiał, że dla Rosie to tylko słowna gierka, a jednak, poczuł wewnętrznie dziwne ciepło, które szczęśliwie nie dotarło jednak do jego policzków.
- Muszę? - zapytał Alexander z nieprzeniknioną miną. Za bardzo lubię patrzeć jak sama mi powoli ulegasz, przemknęło mu przez głowę - w końcu kiedy kobieta tak wspaniała jak Ambrosia oddawała mu się z własnej woli, to było jak niezwykłe podbicie ego - ale zaraz ogarnęły go zgoła inne myśli.
Kiedyś, za to, że była taką bezczelną kokietką, klepnąłby ją żartobliwie w tyłek, może jeszcze kazał zamknąć buzię, by po chwili ze złośliwym błyskiem w oku dodać, że zbyt przemądrzała się dla niego zrobiła... Ale te śmieszne przepychanki były reliktem dawnych lat. Więcej było w nich, co prawda, zabawy niż stanowczości, ale jednak, wtedy pozwalał sobie z McKinnon na o wiele więcej.
Zawsze widział w niej istotę arcydelikatną: zwiewną kobietę, której eteryczna postać doskonale pasowała do jego potężnej sylwetki; dlatego w stosunku do Rosie też był zawsze delikatny... A wręcz traktował ją z rewerencją godną bóstwa. Teraz, po Francji - po tych siniakach na jej szyi i po tym, jak już zrozumiał, że przez te siedem lat musiała dusić w sobie wiele podobnych tajemnic - wiedział, że bardziej niż kiedykolwiek potrzebuje jego oparcia. Niestety: kiedy próbował coś z niej wyciągnąć, dowiedzieć się czegoś więcej, odmawiała. Kiedy próbował być stanowczy - sięgnąć po to, czego chciał, siłą - miał wrażenie, że Ambrosia zaraz rozpadnie się na milion kawałeczków, jak promień słońca rozszczepiony przez pryzmat, bo ta w jego oczach wydawała się nagle taka słaba, taka znękana i wystraszona... Próbując pomóc, bał się ją skrzywdzić jeszcze bardziej. Jak wtedy, we Francji. Jak wtedy, na Notting Hill. Jak wtedy, w...
Może dlatego oboje wciąż omijali najboleśniejsze tematy, i udawali, że wszystko jest w porządku.
- Aż tak bardzo kręci cię, kiedy jestem... Stanowczy? - spytał cicho Alex, wodząc oczami po jej opromienionym słońcem licu.
Na twarzy Mulcibera pojawił się mały, może nieco zawadiacki uśmiech, który wykrzywił już całkiem kąciki ust do góry, kiedy wyciągnął w jej stronę potasowaną talię.
- To było pierwsze pytanie - wyjaśnił łaskawie, z taką miną, jakby pokazywał jej, jak odróżnić przód i tył hipogryfa. Figlarne iskierki błysnęły w jego oczach. Och, Ambrosia była wyjątkową kobietą - nie tylko piękną, ale i szalenie mądrą, wiedział o tym już za dzieciaka - choć ona potwornie obruszała się, kiedy ośmielał się tak o niej mówić: wyjątkowa, przedrzeźniała go, pewnie mówisz to każdej, na co z kolei obrażał się on; bo jak mógłby tak podniosłego słowa używać w stosunku do bylejakiej panny!, ale Alex zawsze lubił droczyć się z nią w ten sposób.
- A drugie... Może tak: jaka będzie dzisiaj pogoda - wyrecytował, niby to grzecznie i poprawnie, jakby próbując odpokutować za swoje wcześniejsze uchybienie. Iskierki nie zniknęły jednak z jego oczu. - Miałem właśnie wizję, że wystroisz się dla mnie w zieloną sukienkę. Nie jestem tylko pewien, wiatr podwinie ci ją dzisiaj czy jutro... Potrzebuję klaryfikanty.
Żyję tylko dlatego, że tak postanowiłaś.
Myślał przez chwilę, że może powinien użyć innych słów, ale znów: w mniemaniu Alexa, nie było nikogo, kto dobierałby słowa lepiej od Ambrosii; nikogo, kto wypowiadałby się piękniej od niej, kto mówiłby mądrzej. McKinnon była najbardziej inteligentną kobietą, jaką znał: miała wyjątkową intuicję, tak, jakby sam los wybrał ją na swoją ulubienicę, i szeptał jej do ucha sekrety. Alex też to robił: szeptał, potykając się o kanciaste słowa, i mówił, długo, urywanie, bo nie potrafił nigdy wytłumaczyć, co siedzi w jego głowie: Ambrosia nadawała sens jego myślom, tak, jak i jego życiu.
Trigger Warning: myśli samobójcze bcos im so tortured and pathetic (Odkryj)
A życie Mulcibera było, ostatnimi czasy - to znaczy od blisko siedmiu lat - wyjątkowo puste, i coraz trudniej było mu znajdować przekonujące argumenty, by ze sobą zwyczajnie nie skończyć. W ciągu ostatnich dwóch miesięcy wiele razy wracał do rozmowy, którą odbył z Murtaghiem na krótko po swoim ślubie z Lorettą. Samo wspomnienie tej konwersacji powodowało, że miał ochotę wybuchnąć histerycznym śmiechem. Jakże on wtedy usilnie próbował samego siebie przekonać, że widzi sens w dalszej egzystencji! Wspinał się na wyżyny elokwencji, by udowodnić sobie, że ma po co żyć.
A przecież wszystko zaplanował.
Oczywiście, odszedłby w samotności - towarzyszyłaby mu jego ukochana heroina - ale myślał, że mógłby to zrobić w jakimś ładnym miejscu. Nie był nigdy religijny, ale wierzył, że w ostatnich chwilach człowiek powinien pogodzić się ze światem, inaczej skazuje swoją duszę na wieczną tułaczkę. Miał w głowie to jeziorko w lesie nieopodal starej posiadłości Mulciberów, teraz pełne rzęsy i wspomnień. Zastanawiał się, jakie to by było uczucie, osunąć się w jego toń, tak jak kiedyś.
A przecież wszystko zaplanował.
Oczywiście, odszedłby w samotności - towarzyszyłaby mu jego ukochana heroina - ale myślał, że mógłby to zrobić w jakimś ładnym miejscu. Nie był nigdy religijny, ale wierzył, że w ostatnich chwilach człowiek powinien pogodzić się ze światem, inaczej skazuje swoją duszę na wieczną tułaczkę. Miał w głowie to jeziorko w lesie nieopodal starej posiadłości Mulciberów, teraz pełne rzęsy i wspomnień. Zastanawiał się, jakie to by było uczucie, osunąć się w jego toń, tak jak kiedyś.
Kiedy Alexander mówił: "jestem tutaj tylko dlatego, że tak postanowiłaś", nie myślał o Windermere. Myślał o tym, że tonąc, pamiętałby tylko o oczach zieleńszych od toni każdego jeziora.
Chętnie by dla niej, cholera, umarł, zginął za nią, a ona na przekór kazała mu żyć: ona i jej oczy, które wpatrywały się w niego ze ślepym uwielbieniem i wyrzutem jednocześnie.
Bardzo nie chciał, by z jego powodu znowu widniały w nich łzy, dlatego odsuwał od siebie natrętne myśli. Skupiał się na tym, co było przed nim: na tym, że Ambrosia była obok niego, jaśniejsza niż słońce zalewające swymi promieniami pokój, a on chciał patrzeć jej prosto w twarz, nie mrużąc ani na chwilę oczu.
Jak chcesz pokazać jej prawdziwą siłę. Prawdziwą męskość. To nie graj z nią w te gierki, usłyszał głos Eryka, bo przez chwilę, kiedy mówiła mu, że "musi być bardziej stanowczy". Nie czuł teraz jednak niepewności: rozumiał, że dla Rosie to tylko słowna gierka, a jednak, poczuł wewnętrznie dziwne ciepło, które szczęśliwie nie dotarło jednak do jego policzków.
- Muszę? - zapytał Alexander z nieprzeniknioną miną. Za bardzo lubię patrzeć jak sama mi powoli ulegasz, przemknęło mu przez głowę - w końcu kiedy kobieta tak wspaniała jak Ambrosia oddawała mu się z własnej woli, to było jak niezwykłe podbicie ego - ale zaraz ogarnęły go zgoła inne myśli.
Kiedyś, za to, że była taką bezczelną kokietką, klepnąłby ją żartobliwie w tyłek, może jeszcze kazał zamknąć buzię, by po chwili ze złośliwym błyskiem w oku dodać, że zbyt przemądrzała się dla niego zrobiła... Ale te śmieszne przepychanki były reliktem dawnych lat. Więcej było w nich, co prawda, zabawy niż stanowczości, ale jednak, wtedy pozwalał sobie z McKinnon na o wiele więcej.
Zawsze widział w niej istotę arcydelikatną: zwiewną kobietę, której eteryczna postać doskonale pasowała do jego potężnej sylwetki; dlatego w stosunku do Rosie też był zawsze delikatny... A wręcz traktował ją z rewerencją godną bóstwa. Teraz, po Francji - po tych siniakach na jej szyi i po tym, jak już zrozumiał, że przez te siedem lat musiała dusić w sobie wiele podobnych tajemnic - wiedział, że bardziej niż kiedykolwiek potrzebuje jego oparcia. Niestety: kiedy próbował coś z niej wyciągnąć, dowiedzieć się czegoś więcej, odmawiała. Kiedy próbował być stanowczy - sięgnąć po to, czego chciał, siłą - miał wrażenie, że Ambrosia zaraz rozpadnie się na milion kawałeczków, jak promień słońca rozszczepiony przez pryzmat, bo ta w jego oczach wydawała się nagle taka słaba, taka znękana i wystraszona... Próbując pomóc, bał się ją skrzywdzić jeszcze bardziej. Jak wtedy, we Francji. Jak wtedy, na Notting Hill. Jak wtedy, w...
Może dlatego oboje wciąż omijali najboleśniejsze tematy, i udawali, że wszystko jest w porządku.
- Aż tak bardzo kręci cię, kiedy jestem... Stanowczy? - spytał cicho Alex, wodząc oczami po jej opromienionym słońcem licu.
Na twarzy Mulcibera pojawił się mały, może nieco zawadiacki uśmiech, który wykrzywił już całkiem kąciki ust do góry, kiedy wyciągnął w jej stronę potasowaną talię.
- To było pierwsze pytanie - wyjaśnił łaskawie, z taką miną, jakby pokazywał jej, jak odróżnić przód i tył hipogryfa. Figlarne iskierki błysnęły w jego oczach. Och, Ambrosia była wyjątkową kobietą - nie tylko piękną, ale i szalenie mądrą, wiedział o tym już za dzieciaka - choć ona potwornie obruszała się, kiedy ośmielał się tak o niej mówić: wyjątkowa, przedrzeźniała go, pewnie mówisz to każdej, na co z kolei obrażał się on; bo jak mógłby tak podniosłego słowa używać w stosunku do bylejakiej panny!, ale Alex zawsze lubił droczyć się z nią w ten sposób.
- A drugie... Może tak: jaka będzie dzisiaj pogoda - wyrecytował, niby to grzecznie i poprawnie, jakby próbując odpokutować za swoje wcześniejsze uchybienie. Iskierki nie zniknęły jednak z jego oczu. - Miałem właśnie wizję, że wystroisz się dla mnie w zieloną sukienkę. Nie jestem tylko pewien, wiatr podwinie ci ją dzisiaj czy jutro... Potrzebuję klaryfikanty.
Kiedy tańczę, niebo tańczy razem ze mną
Kiedy gwiżdżę, gwiżdże ze mną wiatr
Kiedy milknę, milczy świat
Kiedy gwiżdżę, gwiżdże ze mną wiatr
Kiedy milknę, milczy świat