Nie mógł wiedzieć dokładnie, co najwyżej snuć domysły o tym jak to jest być Trelawney, w najbardziej Trelawney momentach. Wiedział, że jest to jedynie bardzo subiektywne odczucie. Jednocześnie powątpiewał w istnienie czegoś w rodzaju kolektywnego doświadczenia w obcowaniu z Limbo. Nieważne która; Ambrosia, Effimery, czy nawet Millie, u każdej z nich potrafił zaobserwował coś, czego u pozostałej dwójki nie dostrzegł. Każda obchodziła się z tematem w swój własny, indywidualny sposób. U jednej o wiele bardziej odbijało się to na emocjach, inna z kolei tłumiła to wszystko w sobie po stokroć. To sprawiało, że jeszcze bardziej było to dla Louvaina chaotyczne i w żadnym wypadku nie zamierzał tego kategoryzować. Te wszystkie Limbiary było po prostu ostro pojebane, w ten prosty, lub zupełnie inny sposób. Chyba właśnie dlatego tak bardzo go pociągały.
A przed sobą miał trzepotkę, po której widział dosadnie, że unikała tematu już chyba nawet instynktownie. Zmierzył ją dokładnie wzrokiem, kiedy prawie ot tak rzucił sobie aksjomat na temat Limbo, jakoby miało być tam przeraźliwie zimno. Do tego jeszcze w prawie skromnym stylu oparł całość na własny doświadczeniu. Liczył, że dopyta, zainteresuje się, choćby wbije w niego ciekawski wzrok. Ale ich spojrzenie nie skrzyżowało się, zobaczył jedynie jak przewraca przed nim teatralnie spojrzeniem. Tyle mu wystarczyło, by wiedzieć że zwyczajnie się boi. Że przez przenikający strach przed światem po drugiej stronie unika zbliżenia z tym czymś. W tym miejscu wolałby mieć do dyspozycji silniejszą i bardziej sprawczą wersję Ambrosie. No cóż, widocznie dostał taką Trelawney na jaką zasługiwał.
- Gdyby nie było to trudne, nie zabierałbym Cię ze sobą. - odburknął jakby nieco poirytowany. Z każdą chwilą i z każdym kolejnym zaciągnięciem się dymu tytoniowego, coraz bardziej poważniał. Przestał odpowiadać na wszystkie jej kąśliwości, właściwie uśmiech coraz bardziej schodził mu z twarzy. Zbyt dużo myśli uderzało mu do głowy. Wszystkie wspomnienia z podróży po Limbo, wszystkie obrazy z tamtych momentów przewijały mu się przed oczyma. - Sam nie ogarnę tego, co być może nas tam spotka, więc liczę na Twoją pomoc... - dorzucił już nieco miększym tonem, rzucając niedopałek na ziemię i przygaszając go podeszwą buta. Nie podobało mu się do końca ta konfiguracja, moment w którym jest zmuszony z zwróceniem się o pomoc do swojej zabaweczki. Jednak jeśli wszystko miało się udać tak jak sobie to planował, musiał mieć czyste intencje, bez żadnych przekłamań. Bo nawet jeśli Rosie przeszłaby obojętnie obok jego kłamstwa, to stara Szeptucha przejrzy go na wskroś. W zupełności.
- Jedna maska w tą, czy w tamtą chyba nie sprawiłaby Ci większej różnicy, prawda? Poruszył lekko ustami, na ten jedną złośliwość, choć wciąż nie miał rezonu do zadziornych uśmieszków i spojrzeń. - Chodźmy, nie ma co zwlekać... - dorzucił szybciutko, nie czekając nawet na ripostę. Machnął różdżką przed sobą, by wyczarować światło na jej końcu. Na razie słabe i nieznaczne, po to by chociaż przerzedzić kawałek mgły, która otaczała ich zewsząd. Drugą ręką złapał ją za palce u dłoni, by pociągnąć ją za sobą. Widząc jak wcześniej potyka się o nieruchomy korzeń, wolał nadać im wspólne tempo marszu, niż łapać upadającą McKinnon. Może i była księżniczką, ale zupełnie nie taką, którą wypadałoby mu łapać w ramionach.