Dotykanie Peregrinusa, nawet w tak niewinny sposób, wywołało w nim dreszcz emocji. Przede wszystkim jednak bluźnierstwa. Gdzież mu było do tego słodkiego Narcyza, którego urodą zachwycano się aż do współczesności? Stary cap i prześliczne jagniątko. On też kiedyś był młody i jego też kochał Vakel. Miał dać sobie z nim spokój, ale nie potrafił przestać porównywać się do jego asystenta. Młodszy, piękniejszy. Czy celowo wybrał kogoś, kto jest do niego podobny?
— Och — wyrwało się Morpheusowi. Zainteresowało go to. Czyżby Vakel dał mu wychodne? — Oczywiście, że wstęp nie jest zabroniony, jeszcze nie wiadomo, z czym mamy tutaj do czynienia. Proroctwo pana tu zwabiło lub wizja przyszłości? Czy jedynie wypoczynek?
Nadal trzymał na ustach enigmatyczny uśmiech słońca, do którego wystawił twarz, czerpiąc słoneczne promienie. Tak samo jak kochał Departament Tajemnic, tak i lubi z niego wychodzić, na świeże powietrze i blask dnia. Wieczny mrok głębin Ministerstwa Magii po jakimś czasie przytłaczał. Czy nie wypowiadał jego nazwy, unikał jej, przez pogardę? Na pewno nim gardził, starym, niedołężnym czarodziejem zamkniętym w tunelach, w kloszu zapomnienia. Kimże był w porównaniu z nim samym lub Dolohovem.
Na szczęście mógł mieć pewność, że słynny wróżbita nigdy nie pojawi się w tym miejscu, szybciej by zemdlał, a później zwymiotował, gdyby miał chociażby przebywać w otoczeniu niewybrednych wczasowiczów, pomijając już nędzną akomodację. Może chodziło o oczy, może to jasne wzbudzają pożądanie Vasilija.
— Niewymowny Komnaty Przepowiedni — przedstawił się. — Możesz do mnie mówić Apollonemos.
Kiedy znało się grekę, dało się usłyszeć żart w tym, jak się przedstawił. Gorzki, smutny żart. Podczas czytania Orestei, Antoniusz opowiedział mu o tym, że siódme zawołanie Kasandry, księżniczki trojańskiej, w oryginalnym tekście jest sformułowane tak, aby by połączyć zwrot mój Apollo oraz Apollo, niszczyciel. Przydomek i pragnienie w jednym słowie. Apollonemos. Coś gorzkiego kryło się w tym, że przedstawił się, jako ten, który przeklął wieszczkę, za odrzucenie jego awansów, tak aby nikt jej nie wierzył. Okrutne są dary bogów. Nie chciał zdradzać swojego prawdziwego imienia, usłyszeć go z ust Peregrinusa. Za długo zastanawiałby się jak wymawia imię Vakela, kiedy się kochają.
Tego był pewien, że czarodziej, wywiązuje się z różnego typu zadań, również natury cielesnej. Chociaż wzbraniał się przed tym, coraz wyraźniej wyobrażał sobie, co ta dwójka robi razem w Prawach Czasu. Czy Peregrinus po prostu lepiej obciąga? Niemal zachłysnął się własną wulgarnością, ale tak to widział w głowie. Oddychał płytko, bo nie chciał dowiedzieć się, że pachnie jego wodą kolońską, ani nie chciał myśleć o tym, że ubiera go, że zniszczone dłonie znają miękkość koszul, że wplata je do woli w jedwabiste kosmyki. Zazdrościł mu każdej minuty spędzonej sam na sam z Vakelem, jego słowotokiem. Żółć złości unosiła się w gardle, piekąc przełyk, gdy myślał o słodyczy intymnych rozmów i przelotnych pocałunków.
Skubał kolejny pąk kwiatów, zostawiając płatki pod swoimi stopami. Jego dłonie zawsze były miękkie i smukłe, ale w inny sposób niż popularnego wieszcza. Na knyciach nieco zgrubione od bójek z braćmi i fechtunku, stanowiły jednak doskonałą formę dla dużych talii tarota. Patrząc na nie, wiedziało się już, że właśnie ku tej formie dywinacji sięga najczęściej.
— Potowarzyszy mi pan? We dwoje bezpieczniej — wskazał głową przystrojoną budleją dalszą ścieżkę z jasnością w głosie, którą łatwo pomylić z uczciwością i dobrymi pobudkami. Słońce jednak, piękne, błyszczące, tym samym blaskiem dawało życie i je spalało.
Zastanawiał się, bardzo mocno, czy nie sięgnąć ku policzkom młodzieńca i nie nakarmić go swoim oddechem w trującym pocałunku. Żeby zbezcześcić bóstwo, którego imię wypowiada nocami ten, którego kocha. Aby zniszczyć go dla Dolohova.