Odwzajemniła uśmiech – a ten miała promienny tak, jakby sama była słońcem. Na pewno została przezeń pocałowana – to wszystko mówiła jej opalona skóra, jasnobrązowe spojrzenie, a ten uśmiech do oczu jak najbardziej dochodził. Ginny kochała wszelkie życie, a uśmiech mógł je komuś uratować, ten zaś niczego jej nie kosztował, więc…? Dlaczego nie uśmiechnąć się do nieznajomego, całą sobą, i poprawić mu humor. Lubiła ludzi, była ich ciekawa – a mężczyzna najwyraźniej podzielał jej zainteresowanie i zaraz ruszył w jej kierunku, gdy ona upewniała się, że właściwie to jest we właściwym miejscu. Nie zapuklała jeszcze do drzwi, bo wolała być o czasie, a nie przed czasem.
– Och, słucham? – odwróciła do niego głowę i ponownie się uśmiechnęła, a Isaac mógł zauważyć, że jej usta pociągnięte są koralową szminką; nie chciała wyglądać krzykliwie z jasną czerwienią na wargach, ani z wieczorowym bordo, przyszła tu wszak do pracy, po nic innego. Do pracy i by połechtać własne zainteresowania, a być może… czegoś się tutaj dowiedzieć. – Dzień dobry, tak, do pana Morrisa – przytaknęła i na moment zerknęła w kierunku drzwi domu szanownego i bardzo nieostrożnego kolekcjonera. Ale może o to właśnie chodziło w tym fachu, jeśli miało się niespożytkowane zasoby pieniężne, by kupić szmelc – a czasami trafiało się coś prawdziwie wspaniałego? Bagshot z łatwością mógł w jej akcencie rozczytać, że nie mogła pochodzić z Anglii – chociaż mówiła bardzo płynnie, to w zupełni inny sposób kładła nacisk na głoski i spółgłoski, przez co jej mowa zdawała się być jednocześnie bardziej śpiewna i twarda. Ale wyraźna, nie mamlała niczego pod nosem. – Guinevere McGonagall – przedstawiła się mężczyźnie, który też wybierał się do Morrisa, znaczy… kolega po fachu? Historyk? Archeolog? Może sam był kolekcjonerem.
– Czarownicę? Niezbyt często – przyznała i pozwoliła, by uśmiech znowu rozjaśnił jej twarz, lecz nie przeszkadzała mu, pozwalając, by znalazł interesującą go stronę, a w tym czasie ona uważnie mu się przyjrzała. Wyglądał na miłego, elegancko ubrany, schludny, kapelusz… Nie wyglądał na starszego od niej. A później przeczytał angielskiego suchara, na moment zapadła cisza, a Ginny w końcu cicho parsknęła i ostatecznie zachichotała. – Nie jest to może żart najwyższych lotów – skwitowała i odrobinę przekrzywiła głowę, nie spuszczając oczu z Isaaca. – Ale przeczytałeś to w taki sposób, że wydało się to całkiem zabawne – to był komplement, nienachalny i niewymuszony, taki, który miał przełamać lody. Akurat trafił swój na swego, bo Ginewra sama potrafiła bardzo dużo gadać. – Nie, dziękuję, nie palę – nie lubiła papierosów, bo strasznie śmierdziały. Dużo bardziej preferowała sziszę, ale pewnie była to kwestia wychowania. A jednak w Anglikach z papierosem było coś takiego… kojarzyli jej się z klasą. Szykiem. – Więc, Isaac, rozumiem, że jesteś ekspertem od artefaktów? Z przypadku, przymusu czy zamiłowania? – zagadnęła, skoro mieli jeszcze chwilę, a Gin była zwyczajnie ciekawa. Jak zresztą zawsze.