08.04.2024, 21:21 ✶
Ambrosia chciała, by Alexander mógł czasem spojrzeć na siebie jej oczami.
Ale nie było to nic, czego by nie wiedział, bo powtarzała mu to nie raz; na przestrzeni ostatnich siedmiu lat robiła to zwykle wtedy, kiedy tak usilnie próbował jej wmówić, że powinna znaleźć sobie kogoś lepszego. Ale to przecież nie było tak, że nie próbowała znaleźć sobie kogoś. Ale lepszego? Dobre sobie; nie była pewna czy wynikało to z obskurnego krajobrazu Nokturnu, na którym rezydowała, czy może raczej z faktu, że jej rytm życia zwyczajnie przyciągał taki, a nie inny typ ludzi. Nie zmieniała to jednak tego, że od momentu kiedy się z Mulciberem rozstali, zawsze miała poczucie, że jest sama. Pewnie jej by to nie przeszkadzało, gdyby jej serce wciąż nie tęskniło za jego obecnością.
W jej oczach pojawił się pewien zawód, kiedy powtórzył jej słowa. Ulotny, nie będący w stanie na dłużej zatrzymać się w intensywnym spojrzeniu zielonych oczu, którymi się w niego wpatrywała. Poczuła, jak na moment coś ściska ją za serce. Jakiś żal, bo zwyczajnie chciała, żeby był tutaj w pełni z własnej woli. Żeby jej to wprost powiedział, bo nawet jeśli nie była w stanie zmusić go do tego, żeby tutaj z nią pojechał, jego poddańczość - bo tak jego słowa traktowała - bodła ją nieznośnie.
Pewnie w innych warunkach zaraz podchwyciłaby jego słowa, marszcząc brwi i złośliwie obracając je znowu, żeby dać mu do zrozumienia, że nie podoba mu się ta odpowiedź. Ale teraz za bardzo była skoncentrowała na rozpraszającym uczuciu, które powoli wypełniało jej głowę.
- Cóż, następnym razem musisz być bardziej... stanowczy - uśmiechnęła się do niego lekko, ale w kącikach ust czaiła się dobrze wyczuwalna bezczelność. W pierwszym odruchu faktycznie chciała opuścić wzrok, żeby lepiej zidentyfikować wyciągniętą przez nią kartę, ale kiedy tylko uniósł jej podbródek zwyczajnie nie chciała tego zrobić. Chciała tylko patrzeć w te jego błękitne oczy i utonąć w nich na zawsze.
Czuła się trochę jak wtedy, kiedy jeszcze chodzili do szkoły lub ledwo co opuścili jej mury. Jego ciepło, słowa i spojrzenia sprawiały, że trochę kręciło jej się w głowie, jak gdyby opróżniła właśnie pierwszy kieliszek cholernie dobrego, francuskiego wina. I w jakiś sposób bardzo chciała się poddać temu uczuciu, bo przypominało wszystkie dobre chwile, kiedy jej serce nie było jeszcze złamane. Pod jego wpływem nie widziała wychudłej, zapadniętej i zmęczonej twarzy, ale obraz mężczyzny, którym zawsze dla niej był.
- Zabawne - rzuciła, przygryzając w uśmiechu wargę, czując pewniejszy dotyk na swojej skórze. Kiedy jej spojrzenie trafiło natomiast na trzymaną w dłoni kartę, zachichotała, kręcąc przy tym lekko głową. - Niech będzie. Dwa Księżyce, ale ja wyciągam, a ty zadajesz pytania - oznajmiła, spoglądając na niego powłóczystym spojrzeniem. - Wtasuj - szepnęła jeszcze, wsuwając między trzymane przez niego karty właśnie wyciągnięty księżyc.
Nie chciała teraz o tym myśleć, ale kiedy patrzyła na odwrócony Księżyc, miała wrażenie, że aż za dobrze wiedziała, o co w tym wszystkim chodziło. Jeszcze przed chwilą deklarowała mu chęć szczerości, ale prawda była taka, że nie mogła powiedzieć mu wszystkiego. Przynajmniej dobrze, że zamiast Księżyca nie wyciągnęła Diabła.
Ale nie było to nic, czego by nie wiedział, bo powtarzała mu to nie raz; na przestrzeni ostatnich siedmiu lat robiła to zwykle wtedy, kiedy tak usilnie próbował jej wmówić, że powinna znaleźć sobie kogoś lepszego. Ale to przecież nie było tak, że nie próbowała znaleźć sobie kogoś. Ale lepszego? Dobre sobie; nie była pewna czy wynikało to z obskurnego krajobrazu Nokturnu, na którym rezydowała, czy może raczej z faktu, że jej rytm życia zwyczajnie przyciągał taki, a nie inny typ ludzi. Nie zmieniała to jednak tego, że od momentu kiedy się z Mulciberem rozstali, zawsze miała poczucie, że jest sama. Pewnie jej by to nie przeszkadzało, gdyby jej serce wciąż nie tęskniło za jego obecnością.
W jej oczach pojawił się pewien zawód, kiedy powtórzył jej słowa. Ulotny, nie będący w stanie na dłużej zatrzymać się w intensywnym spojrzeniu zielonych oczu, którymi się w niego wpatrywała. Poczuła, jak na moment coś ściska ją za serce. Jakiś żal, bo zwyczajnie chciała, żeby był tutaj w pełni z własnej woli. Żeby jej to wprost powiedział, bo nawet jeśli nie była w stanie zmusić go do tego, żeby tutaj z nią pojechał, jego poddańczość - bo tak jego słowa traktowała - bodła ją nieznośnie.
Pewnie w innych warunkach zaraz podchwyciłaby jego słowa, marszcząc brwi i złośliwie obracając je znowu, żeby dać mu do zrozumienia, że nie podoba mu się ta odpowiedź. Ale teraz za bardzo była skoncentrowała na rozpraszającym uczuciu, które powoli wypełniało jej głowę.
- Cóż, następnym razem musisz być bardziej... stanowczy - uśmiechnęła się do niego lekko, ale w kącikach ust czaiła się dobrze wyczuwalna bezczelność. W pierwszym odruchu faktycznie chciała opuścić wzrok, żeby lepiej zidentyfikować wyciągniętą przez nią kartę, ale kiedy tylko uniósł jej podbródek zwyczajnie nie chciała tego zrobić. Chciała tylko patrzeć w te jego błękitne oczy i utonąć w nich na zawsze.
Czuła się trochę jak wtedy, kiedy jeszcze chodzili do szkoły lub ledwo co opuścili jej mury. Jego ciepło, słowa i spojrzenia sprawiały, że trochę kręciło jej się w głowie, jak gdyby opróżniła właśnie pierwszy kieliszek cholernie dobrego, francuskiego wina. I w jakiś sposób bardzo chciała się poddać temu uczuciu, bo przypominało wszystkie dobre chwile, kiedy jej serce nie było jeszcze złamane. Pod jego wpływem nie widziała wychudłej, zapadniętej i zmęczonej twarzy, ale obraz mężczyzny, którym zawsze dla niej był.
- Zabawne - rzuciła, przygryzając w uśmiechu wargę, czując pewniejszy dotyk na swojej skórze. Kiedy jej spojrzenie trafiło natomiast na trzymaną w dłoni kartę, zachichotała, kręcąc przy tym lekko głową. - Niech będzie. Dwa Księżyce, ale ja wyciągam, a ty zadajesz pytania - oznajmiła, spoglądając na niego powłóczystym spojrzeniem. - Wtasuj - szepnęła jeszcze, wsuwając między trzymane przez niego karty właśnie wyciągnięty księżyc.
Nie chciała teraz o tym myśleć, ale kiedy patrzyła na odwrócony Księżyc, miała wrażenie, że aż za dobrze wiedziała, o co w tym wszystkim chodziło. Jeszcze przed chwilą deklarowała mu chęć szczerości, ale prawda była taka, że nie mogła powiedzieć mu wszystkiego. Przynajmniej dobrze, że zamiast Księżyca nie wyciągnęła Diabła.
she was a gentle
sort of horror
sort of horror