Ależ według Esmé blizny dodawały piękna. Było to dziwne, ale kaletnik miał swoje własne ujęcie piękna. Na "piękno" składało się wiele czynników, a nie tylko aparycja. Wykształcona poprzez rzemiosło definicja okazywała się zaskakująco uniwersalna. Każdy był rzemieślnikiem, na swój sposób. Każdy był też dziełem własnego rzemiosła. W końcu mówiono "jesteś kowalem swojego losu". W tej analogii - jesteś i kowalem, i losem. Artystą, procesem i jego dziełem. Piękno kryło się zatem w wielu elementach człowieka i nie było tak proste - czarne i białe. Brzydkie i ładne. Rowle widział piękno wszędzie, wystarczyło jedynie dobrze spojrzeć. Pozwolić sobie na dostrzeżenie go w miejscach, które społeczeństwo okrzyknęłoby obrzydliwymi.
Blizny jakie nosiła Ger, dla Esmé, były dowodem siły. Nie tylko tej fizycznej, ale psychicznej. Łatwo myślało się o tym, że tak, Ger poluje na magiczne stworzenia. Jest profesjonalistką. Jest do tego stworzona wręcz. Bardzo łatwo było bagatelizować, zapominając, że jej ciało krwawiło tak samo, jak nasze. Jej skóra, nawet jeżeli pozornie twardsza, to w starciu z bestią była równie delikatna. Ciężko było wyobrazić sobie, że jeden błąd, jedna chwila nieuwagi i... nie żyje. Albo zostanie ciężko ranna, co podczas samotnych polowań z dala od cywilizacji oznaczało, cóż, śmierć. Albo zostanie odratowana, ale rany mogą uniemożliwić normalne funkcjonowanie. Ewentualnie te rany na psychice. Ryzykowała... wszystko. To wszystko dla życia, które po prostu lubiła. Esmé nie potrafił tego nie podziwiać. Dziecinne proste było poświęcić się pasji, gdy błędy oznaczały... niewiele. Gdy kosztowało to trochę czasu, nerwów, własnych sił. Okruszki tego, co poświęcała Ger. W końcu co on mógł stracić? Reputację? Żył na Nokturnie. Klientów? Znajdą się inni. Pracownie? Jest w stanie pracować nawet pod mostem, jeżeli tylko będzie miał narzędzia i materiały. Życie? Nie po to opłacał oprychów z Nokturnu, by tracić życie za jeden błąd.
Siła, poświęcenie, charakter. Zaciętość, nieustająca zaciętość w podążaniu swoją własną ścieżką. Cecha tak bliska sercu kaletnika, więc może właśnie dlatego Łowczyni tak bardzo go zachwycała. Pierwszy raz czuł prawdziwą przepaść jaka dzieliła go od drugiego człowieka. Esmé, nawet jeżeli często wypowiadał się o sobie surowo, to był arogantem. Miał w sobie trochę narcyzmu, tej toksycznej miłości do samego siebie trochę za bardzo. Łatwo było wykształcić tę cechę, gdy było się nonszalantem, gdy na żyjących w ramach społecznych patrzyło się z niezrozumieniem. Zawsze uważał siebie za kogoś, kto jest krok przed innymi w drodze do Prawdy. W drodze do życia, które było perfekcyjnym życiem do życia. W drodze do tej perfekcji duchowej, która pozwalała przeżyć nasz doczesny czas najlepiej. Zasmakować życia według własnych gustów. A teraz? Teraz czuł się taki maluczki. Nie chodziło tutaj o to, że był trochę niższy od Ger, a jego sylwetka marniejsza. Chodziło o samą osobowość. Chodziło o wartość. Wartość człowieka jako jednostki. Wielu wmawiało, że każdy człowiek był wart tyle samo. Bzdura. Nikt nie był na tyle subiektywny, aby stosować się do tej "mądrości". Ludzie mieli wartości i Geraldine, w tym momencie, dla Esmé miała tę najwyższą. Niczym autorytet, do którego nigdy nie byłby w stanie nawet się zbliżyć.
Ale nie czuł się z tym źle. Nie każdy musiał być tak wspaniały. Gerry była po prostu wyjątkowa. Kiedy inni czołgali się, to ona wzlatywała. Deklasowała, a Esmé czuł się doskonale, mogąc zwyczajnie na to patrzeć.
- Trafiam tylko wtedy, gdy nasze cele są w tym samym miejscu. - odparł, bo nie było prawd uniwersalnych. To, że uważała jego słowa za trafne podkreślało tylko, że byli zbliżeni charakterem do siebie. Rowle nie mówił niczego po to, aby uzyskać jakieś plusy u drugiej osoby, by zabłysnąć przed nimi. Kaletnik mówił to, co myślał. Właśnie dlatego był bezczelny, właśnie dlatego uznawany za dziwaka i właśnie dlatego nikt nie podejrzewał go o kłamstwa. A potrafił kłamać jak mało kto. Tylko... po co?Rozchylił usta, jakby właśnie sobie coś uświadomił. Tak zresztą było. Zamknął je, prychając lekko z rozbawienia. Jak łatwo było zapomnieć, że nie każdy wiódł tak szalone życie, jak on. Brzmiało to absurdalnie, bo przecież doszliśmy do wniosku, że przesiadywał w swojej "jaskini" niemalże całymi dniami, a to Ger ryzykowała życiem, polując na magiczne stworzenia. Esmé również polował. Na wrażenia. Jego polowanie nigdy jednak nie ustawało i zmuszało go do życia, w którym nie chodziło o cel, a o proces. Bo gdy osiągał jeden cel, to musiał podążać za drugim, wiecznie głodny, wiecznie spragniony. Zupełnie tak, jakby sam był swego rodzaju bestią, ale żywioną emocjami. Również tymi negatywnymi.
Ger miała rację. Jak długo człowiek mógł żyć oczekiwaniami i pozwalać się w ten sposób ranić, nim w końcu będzie miał dosyć? Dostatecznie długo. Każdy miał inny limit, ale każdy kiedyś odpuszczał. Rowle o tym zapominał. Kaletnik, chociaż nienawidził siebie za to, często sam siebie ranił, świadomie pokładając nadzieję w rzeczach, które musiały zawieść. Tylko po to, by poczuć ten żal, by zasmakować rozczarowania i przypomnieć sobie, że wciąż nie jest pusty. Wciąż nie jest zupełnie pusty. A kolejną nadzieją jest to, że ten smutek, ten ból, który przeżywał pozwalał mu na odczucie większego szczęścia później. Tak, jakby brał rozbieg przed skokiem. Rozbieg. Powoli robił się to cały maraton przed tym skokiem.
- Widzisz? Nie zawsze trafiam w sedno. - skwitował, wzruszając ramionami. - Masz rację. - dodał, by zwyczajnie zaznaczyć, że teraz ona trafiła w sedno. Gdyby tylko był normalniejszym człowiekiem, to najpewniej sam doszedłby do takich wniosków. Nawet jeżeli Ger miała rację, on miał swoją własną, która miała więcej sensu dla kogoś jego pokroju. On mówił, właściwie, o swoistym przyzwoleniu na autodestrukcję, bo... to ciekawe. Szalone, głupie, po stokroć głupie. Ale to wciąż jakaś metoda. Tonący brzytwy się chwyta.Ciężko było jednak postrzegać Esmé jako kogoś mrocznego. Z pewnymi demonami, które w nim tkwiły. Szczególnie teraz, gdy czuł taką satysfakcję i uśmiechał się lekko, ale dumnie, widząc jak rumieniec oblewa Ger. W momencie, w którym wcale nie musiał robić rzeczy niewłaściwych, by coś poczuć. W momencie, w którym cieszyły go takie ciepłe interakcje z Geraldine bardziej, niż wiele innych, zdawałoby się, mocnych doznań. Roześmiał się w reakcji na jej komentarz. Jej słowa były zabawne, ale również ta próba odbicia piłeczki, gdy ta leciała po tak niewygodnej dla Ger trasie. Urocze. Wspaniałe. Łowczyni chwytała go za serce raz za razem, a tym bardziej fascynujące było to, że nie czuł... strachu. Nie czuł tej obawy, że zostanie zraniony, że znów zazna szczęścia i znów je utraci.
- Jestem przekonany, że każda wersja Ciebie jest wspaniała. - rzucił i pociągnął łyk piwa. - Każda po prostu w inny sposób. Bo niezależnie w jaki kształt oszlifujesz diament, to wciąż będzie diamentem. - dodał, uśmiechając się przyjaźnie, nieznacznie, a im dalej w rozmowę, tym żywsze stawały się jego oczy. Tym więcej iskier się w nich pojawiało, tym więcej emocji wydawało się wydostawać z Esmé.Ponownie się zaśmiał. Przy niej śmiał się bardzo często. Przypominał sobie jak brzmiał jego własny śmiech, ten zupełnie naturalny, po prostu spowodowany rozbawieniem, takim czystym i prostym. Nie kpieniem z losu.
- Nic nie znacząca fajka. - powtórzył za nią. - Moja tysięczna nic nie znacząca fajka. - czy tysięczna, to nie wiedział, ale zdecydowanie... nie pierwsza. I nie ostatnia. W tej wymianie również tkwiła filozofia "nic nie znaczących decyzji", o której Esmé mógłby się rozgadać, ale jednak tego nie zrobił. Zresztą "rozgadać"... rzuciłby kilka zdań w formie metafory lub luźnego strumienia świadomości i pozostawił to do otwartej interpretacji, nie wiedząc nawet czy odbiorca wyciągnie z tego to, co Rowle myślał.W życiu nie podejrzewał, że jego prosta prośba o rozpalonego papierosa doprowadzi do... tego wszystkiego. Teraz w rękach trzymał słowa "może chciałam" i poważnie zastanawiał się co z nimi zrobić. Czy naprawdę Geraldine tego chciała? Czy naprawdę chciała, by pocałował ją on, Esmé Rowle, kaletnik z Nokturnu? Czy naprawdę rozumiała? Szanował ją, ponad wszystkie uczucia jakie do niej czuł, to szanował ją. Nie chciał w żaden sposób wykorzystać jej słabości, chwili może zagubienia, bo nie zasługiwała na to. Wobec wielu kobiet rzemieślnik nie miał tyle, niestety, respektu. Specjalnie nie poznawał ich, aby nie wywiązała się między nimi więź. Żeby to wszystko dało się ograniczyć do prostych wrażeń. Z Geraldine tak się nie dało. Uwielbiał ją. Siedział w tym po uszy i, jak rzadko kiedy, wahał się. Sygnały zdawały się być teraz jasne, ale czy powinien na nie odpowiedzieć?
Powaga przy pierwszych słowach i brak jednoznacznej odpowiedzi. Wstydziła się. Była tak cudownie urocza, gdy się wstydziła. Ta sama kobieta, która mówiła o tym, jak lubi odbierać życie zwierzętom teraz się wstydziła na myśl o pocałunku. Piękno. Kolejny rodzaj piękna, którego świadkiem był Esmé. I kolejne niejednoznaczne odpowiedzi, które wskazywały na to, że trafił w sedno. Tym razem rzeczywiście trafił w sedno, bo gdyby tylko nie chciała pocałunku - wtedy bez skrępowania by o tym powiedziała. A teraz... krążyła wokół tematu, rumieniąc się i bojąc o to, co Rowle pomyśli. Zupełnie tak, jak on sam bał się, co sobie pomyśli Geraldine. Oboje bali się, że wszystko popsują, a oboje chcieli się do siebie zbliżyć.
Zmienił temat zupełnie przypadkowo. W momencie, w którym uświadamiał sobie dopiero sytuację, w której się znajdują. Zamilkł. Kelpie, trytony, smoki, wróżki i inne tałatajstwo mogło żyć w jeziorze, pod nim albo nad nim - bez znaczenia. Trybiki w głowie kaletnika kręciły się na najwyższych obrotach, by nagle zatrzymać się. Przecież to było takie proste. Czemu uważał, że wie od niej lepiej? Czemu twierdził, że będzie ją chronił przed czymś, do czego sama dążyła? Skąd u niego ta pewność, że wie co dla niej lepsze?
Pociągnął jeszcze łyk piwa, nim odstawił go na bok - na swoją prawą stronę, nie wiało, więc o butelkę oparł również swojego papierosa tak, że żar znajdował się poza deską mola - nad wodą, a ustnik spoczywał przysunięty do szkła. Spojrzał na nią, dopiero teraz zdając sobie sprawę, że ona cały czas patrzyła na niego. Jego twarz wyglądała jakoś łagodniej, niż zazwyczaj. Zazwyczaj wydawał się być skupiony na jakiejś myśli, przez co i jego oczom brakowało błysku. Brakowało im życia. Teraz błyszczały i iskrzyły, teraz Rowle nabierał kolorów, a jego kąciki ust pozostawały uniesione. Błyskawicznie zabrał Ger papierosa, chociaż pewnie gdyby chciała, to chwyciłaby jego dłoń w powietrzu. Ale czy chciała? Wątpił. Zatem zaraz przesunął lewą dłonią po jej policzku - ostrożnie i delikatnie, bo i jego ręce były szorstkie. Zbliżył się, powoli, patrząc jej prosto w oczy. Szum w głowie ucichł, a uczucie uwielbienia wręcz pulsowało w świadomości, nie pozwalając o sobie zapomnieć. Nie miłość, ale uwielbienie. Cienka była granica. Ale jednej granicy w końcu zabrakło - między ich ustami. O ile Geraldine się nie odsunęła, o ile nie zaprotestowała, to ich wargi się spotkały w pocałunku, którego Esmé nie omieszkał uczynić namiętnym, wkradając w niego trochę swego francuskiego pochodzenia.
Odsunął się, zabierając również dłoń z jej policzka, przyglądając się jej by... wyczytać reakcję. Czy to było niewystarczająco? W sam raz? A może zbyt wiele? Odsunął te myśli na bok, na ten moment nie było miejsca na zawahanie.
- I jak? - zapytał zaskakująco... lekko. Jakby pytał o coś błahego. - Tego chciałaś? - dodał ciszej, nie mogąc powstrzymać się od zadowolonego uśmiechu. - Jeżeli tego, to... mam tego więcej. - zadowolenie zmieniało się stopniowo w cwaniacki uśmieszek, który jedynie się poszerzał z każdą chwilą. Powoli, stopniowo, bo w Esmé niewiele rzeczy było gwałtownych. - Ale jest jeden warunek. - podniósł głos nieco, jakby rzeczywiście miał ogłosić jakąś zasadę, której Geraldine musi przestrzegać. Wystawił nawet wskazujący palec, zaznaczając istotność tego jednego, jedynego warunku. - Musisz powiedzieć czego chcesz. Wtedy będę pewien czy tego chcesz. - oparł dłonie za sobą, odchylając się nieco od niej, tworząc trochę sztucznego dystansu. - My mężczyźni jesteśmy niedomyślni. - powtórzył swoje słowa teraz już szczerząc się cwaniacko, ale też pełen zadowolenia z sytuacji, w której się znajdowali. Nie musiał jej kochać, aby czerpać tak wielką przyjemność z chwil intymności między nim, a Ger. Właściwie... czuł się tak, jakby miłość do niej była czymś podrzędnym, a to co czuł teraz... było czymś ponad wszystko, co kiedykolwiek czuł. Uwielbienie, ubóstwienie praktycznie każdego jej aspektu, każdego elementu, każdej niedoskonałości. Wszystkiego co stanowiło ją. Wszystkiego, czym była Ger. Umniejszałby jej tak po prostu ją kochając. Miłość była ślepa, miłość była nielogiczna. On doskonale rozumiał dlaczego czuł to, co czuł. Nie było tutaj ślepoty. Żadnej. Geraldine świeciła tak jaskrawo, że Esmé poddawał wątpieniu pustkę, która w nim tkwiła.