Chodź, nie pytaj wydawało się w tym momencie bardzo zasadnym stwierdzeniem. Bo o ile zadawanie pytań i uzyskanie na nie odpowiedzi pozwalało się zorientować w sytuacji, tak tego rodzaju dociekanie potrafiło odwracać uwagę od działania. Zdarzają się sytuacje wymagające w pierwszej kolejności zdecydowanego działania, a wszystko inne można było zrobić przy okazji. Taki przyświecał mu cel, kiedy brał odpowiedzialność za towarzyszącego mu Laurenta i podejmował decyzję o opuszczenia kabiny. Nie zanegował tego w żaden sposób, że Laurent wydobywa ze skrzyni śnieżnobiałe futro. Dla niego najbardziej wartościowym przedmiotem, jaki spoczywał w sąsiednim pokoju był jego aparat fotograficzny zawierający kliszę, którą zamierzał wywołać po powrocie do magicznego Londynu. Pójście po nią wydawało się głupotą.
Pomimo wszystkich możliwości, jakie dawała mu dzierżona w dłoni różdżka, nie zdołają zapobiec nieuchronnemu i powstrzymać postępującą katastrofę. Wszyscy obecni na tym rejsie czarodzieje mogliby osiągnąć jakiekolwiek rezultaty, jednak tutaj ich nie było. Byli w tym momencie zdani wyłącznie na siebie i na łaskę okrutnej kochanki, którą było morze. Zawinił jednak pazerny człowiek. Zapłacą za to pasażerowie i załoga. Historia stara jak świat.
— Powinniśmy stąd się wydostać. — Obstawał przy swoim, wsłuchując się w głośne jęki pękającej stalowej konstrukcji. Chciał uciec przed wdzierającą się do środka potężną falą wody, pochłaniającą wszystko co napotka na swojej drodze. Pozował w tym momencie na pełni opanowanego i zdecydowanego, wiedząc że samemu może pęknąć jak kadłub tego okrętu. Panika nigdy nie pomagała. Laurent krzyknął. On zaklął, kiedy podłoga zatrzęsła im się pod stopami przy akompaniamencie kolejnego donośnego jęku. Wszystkie znane mu przekleństwa nie oddawały tego, co nastąpiło potem. Przychylający się statek sprawił pogłębił odczuwanego przez niego uczucie zaniepokojenia i jednocześnie sam zsunął się na tę ścianę. Starał się znaleźć bliżej spanikowanego Laurenta, przesuwając się po tej ścianie. Nie zamierzał stracić go z oczu, jak i nie chciał stracić z nim kontaktu.
— Wydostaniemy się stąd. Zaufaj mi. — Zapewnił Laurenta, prosząc go też o zaufanie. Sam mógł w to nie wierzyć, jednak starał się nie dać mu tego odczuć. Podjęte przez Laurenta działanie wydawało się słuszne, ale miało swoje wady. Może i woda nie dostanie się do środka przez osadzone w rufie statku bulaje, jednak statek nie uniesie się ku górze tylko będzie opadać na dno a oni razem z nim. Do szybkiego rozważania było to, żeby jednak poszukać punktu, w którym blacha uległa pęknięciu albo samemu stworzyć przestrzeń do wydostania się. Dostrzegał w tym szansę, że Laurent zdecydował się zabrać i tak kurczowo trzymał to futro.
— Załóż na siebie to śliczne futro. — Polecił mu, w nadziei że Laurent go posłucha i nie będzie się temu sprzeciwiać. Bo czas trochę naglił przez wzgląd na pogarszającą się ich sytuację. Jeśli Laurent go posłuchał to wskazał różdżką na ścianę, nabierając powietrza do płuc i wstrzymując oddech. Zaklęcie, które starał się spleść w tym momencie, miało wytworzyć szczelinę we wskazanym punkcie burty statku. Liczył, że nie zanurzyli się na tyle głęboko, że to rozwiązanie stanie się okazją do ucieczki z tego statku a nie przyśpieszy ich końca.
Sukces!
Akcja nieudana