06.04.2024, 21:17 ✶
– Pewnie i tak nic tam nie znajdziemy. Ostatecznie jeśli coś go spotkało… to raczej nie we wnętrzu domku – mruknęła Brenna. – Wiesz coś o tych wcześniejszych wydarzeniach w ośrodku? Słyszałam, że ktoś zaginął i ktoś utonął, ale cholera, nie trafiło to do mnie i nie zwróciłam większej uwagi – westchnęła, prostując się. Rozejrzała się po domku: całkiem czysty, chociaż lekko cuchnący, ale praca Brygadzisty szybko uczyła na pewne rzeczy nie zwracać uwagi. – Zajrzałabym tam teraz mimo wszystko. Jeśli w domku zostały jego ubrania, wzięłabym coś, może dam radę w lesie chwycić trop jako wilk – zasugerowała, odwracając się do Patricka.
Gdy powiedział, że miała ciężki dzień, zwalczyła chęć schowania ręki za plecami – na podobieństwo małego dziecka. Ale to byłoby głupie. Przecież nawet gdyby dłoń całkiem się zaleczyła, Patrick by zauważył. On zawsze wszystko zauważał. Był przecież najbardziej spostrzegawczą i pewnie najmądrzejszą osobą jaką znała.
Może tylko Dumbledore mógłby się z nim równać.
– Spędziłam większość dnia grzecznie siedząc na kanapie – zapewniła, posyłając mu uśmiech. Ale chociaż każdy inny dostałby tylko zdanie i ewentualnie krótkie „poraniłam się trochę niechcący wcześniej”, to Steward wiedział przecież o wyspie, a poza tym i tak domyśliłby się, że nie mówi całej prawdy. Jak Patrick mógłby się czegoś nie domyśleć? – Trochę oberwałam przedwczoraj rano, na wyspie – powiedziała więc, odruchowo ściszając głos, bo o pewnych rzeczach nie za bardzo chciała mówić w miejscu, w którym roiło się od Brygadzistów i aurorów. Nawet jeżeli spora ich część należała do Zakonu Feniksa.
Patrick na pewno zrozumie, o co chodziło.
– Nie napisałam ci na razie raportu, bo moja ręka dopiero parę godzin temu zaczęła w pełni współpracować, ale szef wie wszystko. Poszło… całkiem nieźle, nikt nie został poważnie ranny – dodała, dość skrótowo, nie chcąc tu i teraz wnikać w szczegóły. Ostatecznie nie byli tutaj z powodu tej broni, wyprawy na wyspę, i to wszystko minęło: w tej chwili liczył się zaginiony Owen, nieumarli, którzy niby tu byli, a nagle znikli i fakt, że w Windermere doszło do kilku zaginięć oraz śmierci w bardzo krótkim czasie. – Jeżeli były tutaj żywe trupy… cholera, mam deja vu z Little Hangleton – powiedziała cicho. Ciała wyłaniające się z bagna. Nieumarli tłoczący się na schodach. Czarnoksiężnik eksperymentujący z artefaktami.
Ludzie nie znikali tutaj bez powodu, a jeżeli nawet dopadły ich żywe trupy, to przecież i one nie pojawiły się tutaj same z siebie.
Dobrze, że był tutaj Patrick, on na pewno zdoła rozwiązać tę zagadkę.
Gdy powiedział, że miała ciężki dzień, zwalczyła chęć schowania ręki za plecami – na podobieństwo małego dziecka. Ale to byłoby głupie. Przecież nawet gdyby dłoń całkiem się zaleczyła, Patrick by zauważył. On zawsze wszystko zauważał. Był przecież najbardziej spostrzegawczą i pewnie najmądrzejszą osobą jaką znała.
Może tylko Dumbledore mógłby się z nim równać.
– Spędziłam większość dnia grzecznie siedząc na kanapie – zapewniła, posyłając mu uśmiech. Ale chociaż każdy inny dostałby tylko zdanie i ewentualnie krótkie „poraniłam się trochę niechcący wcześniej”, to Steward wiedział przecież o wyspie, a poza tym i tak domyśliłby się, że nie mówi całej prawdy. Jak Patrick mógłby się czegoś nie domyśleć? – Trochę oberwałam przedwczoraj rano, na wyspie – powiedziała więc, odruchowo ściszając głos, bo o pewnych rzeczach nie za bardzo chciała mówić w miejscu, w którym roiło się od Brygadzistów i aurorów. Nawet jeżeli spora ich część należała do Zakonu Feniksa.
Patrick na pewno zrozumie, o co chodziło.
– Nie napisałam ci na razie raportu, bo moja ręka dopiero parę godzin temu zaczęła w pełni współpracować, ale szef wie wszystko. Poszło… całkiem nieźle, nikt nie został poważnie ranny – dodała, dość skrótowo, nie chcąc tu i teraz wnikać w szczegóły. Ostatecznie nie byli tutaj z powodu tej broni, wyprawy na wyspę, i to wszystko minęło: w tej chwili liczył się zaginiony Owen, nieumarli, którzy niby tu byli, a nagle znikli i fakt, że w Windermere doszło do kilku zaginięć oraz śmierci w bardzo krótkim czasie. – Jeżeli były tutaj żywe trupy… cholera, mam deja vu z Little Hangleton – powiedziała cicho. Ciała wyłaniające się z bagna. Nieumarli tłoczący się na schodach. Czarnoksiężnik eksperymentujący z artefaktami.
Ludzie nie znikali tutaj bez powodu, a jeżeli nawet dopadły ich żywe trupy, to przecież i one nie pojawiły się tutaj same z siebie.
Dobrze, że był tutaj Patrick, on na pewno zdoła rozwiązać tę zagadkę.
Don't promise to live forever. Promise to forever live while you're alive.