05.04.2024, 23:15 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 05.04.2024, 23:17 przez Isaac Bagshot.)
W niewielkiej walijskiej wiosce “Wyrndrobwllllantysi”, mieszkał stary czarodziej imieniem Steven Morris. Pomimo przeżytych wielu wiosen, poczciwy staruszek był bardzo naiwny. Nazywał się kolekcjonerem magicznych artefaktów, więc jego niewielki domek przepełniony był zakurzonymi bibelotami o wątpliwej wartości, oraz wątpliwym pochodzeniu. Steven wierzył jednak, że każdy artefakt który miał w posiadaniu, opowiadał jakaś epicką historię. Jego kolekcja obejmowała dziesięciolecia sumiennych poszukiwań, dziesiątki godzin targowania się, oraz tysiące zwiedzonych targowisk. Staruszek bowiem wszystkie swoje bibeloty odkupywał od dzielnych poszukiwaczy czarodziejskich skarbów, lub sprzedawców zaopatrujących się u takowych. Nie wiedział jednak, że w większości przypadków padał ofiarą bezdusznych oszustów. Nie inaczej było tym razem…
Kilka tygodni temu niedaleko “Wyrndrobwllllantysi”, swój kram rozstawił obwoźny handlarz o imieniu Łajzuch.
Łajzuch był goblinem o kaprawych oczkach i nieczystym sercu. Był również artystą! A przynajmniej tak lubił o sobie myśleć. Inni nazwaliby go po prostu fałszerzem, i to cholernie dobrym, ponieważ potrafił oszukać niejednego znawcę magicznych antyków. Wyczuwając więc naiwność poczciwego Steven’a, postanowił wcisnął mu skrzynię pełna artefaktów arturiańskich! Tak! Kielich należący niegdyś do Merlina, miecz samego króla Artura, noga od Okrągłego Stołu, buteleczka po napoju miłosnym Tristana i Izoldy, oraz wiele, wiele innych! Brzmi zachęcająco, prawda? Tak samo pomyślał Steven. Ufając więc Łajzuchowi, przepłacił za artefakty i już po paru minutach skrzynia pełna skrapu znalazła się w jego domu. Pół biedy, że przedmioty były fałszywe. Były one również zaklęte! Kiedy staruszek napił się z merlińskiego kielicha, dostał okropnej opryszczki. Miecz arturiański, nagle zaczynał lewitować i walić go po głowie, noga od stołu w losowych momentach zaczynała skakać po całym domu przez co nie mógł spać, i tak dalej…
Dzień później, w Horyzontach Magii pojawiło się takie oto ogłoszenie:
Nazywam się Steven Morris i jestem kolekcjonerem magicznych artefaktów z wieloletnim doświadczeniem. Nabyłem kilka magicznych przedmiotów o niepewnym pochodzeniu, którym przydałaby się profesjonalna ekspertyza. Wynagrodzenie do ustalenia na miejscu. Pilne!
Isaac odpowiedział na ogłoszenie. Przez ostatnie tygodnie zajmował się głównie czytaniem starych wydań Proroka Codziennego, oraz wąchaniem pasztetu z kanapek Boba w biurze Ministerstwa. Uznał, że jakakolwiek odmiana będzie odświeżająca! Piętnaście minut przed umówionym spotkaniem, stał więc niedaleko domu staruszka w wiosce o nazwie: “Wyrndrobwllllantysi”, i palił papierosa. W dłoni trzymał nowe wydanie Czarownicy i wyglądał na zaczytanego.
Kilka tygodni temu niedaleko “Wyrndrobwllllantysi”, swój kram rozstawił obwoźny handlarz o imieniu Łajzuch.
Łajzuch był goblinem o kaprawych oczkach i nieczystym sercu. Był również artystą! A przynajmniej tak lubił o sobie myśleć. Inni nazwaliby go po prostu fałszerzem, i to cholernie dobrym, ponieważ potrafił oszukać niejednego znawcę magicznych antyków. Wyczuwając więc naiwność poczciwego Steven’a, postanowił wcisnął mu skrzynię pełna artefaktów arturiańskich! Tak! Kielich należący niegdyś do Merlina, miecz samego króla Artura, noga od Okrągłego Stołu, buteleczka po napoju miłosnym Tristana i Izoldy, oraz wiele, wiele innych! Brzmi zachęcająco, prawda? Tak samo pomyślał Steven. Ufając więc Łajzuchowi, przepłacił za artefakty i już po paru minutach skrzynia pełna skrapu znalazła się w jego domu. Pół biedy, że przedmioty były fałszywe. Były one również zaklęte! Kiedy staruszek napił się z merlińskiego kielicha, dostał okropnej opryszczki. Miecz arturiański, nagle zaczynał lewitować i walić go po głowie, noga od stołu w losowych momentach zaczynała skakać po całym domu przez co nie mógł spać, i tak dalej…
Dzień później, w Horyzontach Magii pojawiło się takie oto ogłoszenie:
POSZUKIWANY: Biegły historyk magii do badania arturiańskich artefaktów!
Nazywam się Steven Morris i jestem kolekcjonerem magicznych artefaktów z wieloletnim doświadczeniem. Nabyłem kilka magicznych przedmiotów o niepewnym pochodzeniu, którym przydałaby się profesjonalna ekspertyza. Wynagrodzenie do ustalenia na miejscu. Pilne!
Steven Morris
Isaac odpowiedział na ogłoszenie. Przez ostatnie tygodnie zajmował się głównie czytaniem starych wydań Proroka Codziennego, oraz wąchaniem pasztetu z kanapek Boba w biurze Ministerstwa. Uznał, że jakakolwiek odmiana będzie odświeżająca! Piętnaście minut przed umówionym spotkaniem, stał więc niedaleko domu staruszka w wiosce o nazwie: “Wyrndrobwllllantysi”, i palił papierosa. W dłoni trzymał nowe wydanie Czarownicy i wyglądał na zaczytanego.