Ciężko było mu uwierzyć, że w ataku na mugolskie miasto zginęłoby tak... niewielu ludzi. Wielu, bo każde życie było cenne, tak by powiedzieli ci wielcy dobrzy, ci o dobrych sercach, a jednocześnie niewielu - bo czym było nawet i piętnaście osób w obliczu potęgi magii, jaką Śmierciożercy potrafili wypuścić na ten świat? Nie dało się tu rozpoznawać tego charakterystycznego smrodu, nie dało się odnaleźć muśnięć zaklęć na murach, wszystko było zaczadzone, pokryte sadzą, albo obite od kawałków ścian, które już nie trzymały się zgrabnie całości. Znak na niebie, którego wypatrywał, to poczucie trwogi, które pełzłoby po skórze od jego użycia - żadna z tych rzeczy nie przesuwała się po jego zmysłach i odczuciach, a był całkiem pewien, że gdyby jakiś czarnoksiężnik miał się tutaj pojawić, to znalazłby w tym miejscu cokolwiek. Był tego pewien, dopóki nie usłyszał piknięcia.
Piknięcia?
Ciało naprężyło się automatycznie, wyprostowało. Kiedy jesteś drapieżnikiem, a kiedy drapieżnik zamienia się w zwierzynę? W którym momencie przestajesz być wilkiem na tropie celu, a stajesz się celem, po którego śladach ktoś drepta?
Człowiek człowiekowi był wilkiem i największym wrogiem. Nie było tutaj złych, nie było tych dobrych. Ludzie gotowi się byli pozjadać, kiedy brakowało im kromki chleba - zrozum, nastawieni jesteśmy na przetrwanie. I jak w przyrodzie - przetrwać mogli tylko najsilniejsi. Widziałeś to już tyle razy - i za każdym razem potrafiło tak wpaść w przepaść serca obojętnym przyswojeniem, jak przestrzelić na wylot, ale zostawić coś po sobie. O tak, zawsze coś zostawiało. To była pustka. Teraz ta pustka, w uderzeniach serca, była wypełniona pikaniem.
Dźwięk dobiegał... skąd właściwie dobiegał? Nagle wszystko zaczęło toczyć się tak szybko, że Bletchley złapał się na problemie - na czym się skupić? Biegli mugole ulicą, a coś ciągle powtarzało swój dźwięk. Skad? Próbował go namierzyć, nie czując zagrożenia z powodu dźwięku, który był taki jednostajny i nie kojarzył się mózgowi z niczym złym, niczym negatywnym. Brzmiał jak odliczanie - tylko odliczaniem do czego?
Może do końca twojego życia, skoro miałeś unikać samochodów? Ta myśl nawiedziła go, kiedy tak przesunął wzrokiem po rzędzie aut, koło których stał. Kiedy spojrzał na jeden z samochodów, z których dobiegało pikanie. Zabrzmiał wystrzał. Cain pobladł.
Cisza.
Pierwszy był pisk. Zaraz za piskiem w uszach pojawił się ból. Nie wiedział nawet, co go boli. Wszechogarniające uczucie zupełnego połamania ciała bardzo nieskutecznie zachęcało do poruszenia się. Słyszał własne walenia serca, w końcu chyba nawet szum własnej, ciepłej krwi. Tak, ciepłej. Chyba była ciepła, albo to coś innego czuł miejscami na swoim ciele, z którego na własne nieszczęście coraz mocniej zdawał sobie sprawę. Powoli rozkleił powieki. Równie powoli starał się nie oddychać, bo nawet to sprawiało ból.
Dym. Cisza. Trzaskały płomienie i wszystko dusił dym. Zakaszlał, chociaż naprawdę nie chciał. Łzy wypłynęły spod powiek, a on rozchylił starając się złapać odrobinę powietrza przy minimalnym poruszaniu brzuchem. Gdzie jest? Co się stało? Kim w ogóle jest i po co jest? Wszystko było jedną plamą, białą kartką do zapisania na nowo w pamięci człowieka, który miał ponoć wszystko pamiętać. Nie gościła w nim żadna myśl. Była tylko świadomość własnego ciała i instynktowna potrzeba przeżycia. Zmusił swoją rękę do współpracy. Wymusił na niej ruch. Próba zgięcia chyba wyłączyła go na kolejnych parę sekund, a może nawet parę minut. Nie wiedział. Wiedział za to, że kiedy się ocknął, spróbował na nowo. Impuls bólu przebiegał raz za razem i uderzał falą gorąca, blokował oddech, wycinał myśli. Nie wiedział też, ile trwało, zanim w końcu ułożył dłoń na świstokliku.