02.04.2024, 11:51 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 02.04.2024, 12:05 przez Lorien Mulciber.)
Zmarszczyła delikatnie brwi, słysząc ten protekcjonalny, wręcz czuły ton głosu.
- Robercie, nie jestem głodna.- Powtórzyła powoli, kładąc odpowiedni nacisk zarówno na imię męża jak i magiczne słówko “nie”. Nie chciała brzmieć jak dziecko, które odmówiło kolacji, bo podano znienawidzoną brukselkę; bardziej zależało jej na tym, by zrozumiał, że nie musi się martwić. Nie głodziła się. Już nie.
Z drugiej strony nie chciała za bardzo wchodzić w szczegóły, tłumaczyć, że wieczory są najgorsze. Nawet jeśli za dnia jakoś funkcjonowała, to gdy nadchodził zmierzch wszystko wracało. Cały ból, żałoba, poczucie straszliwego zagubienia i niesprawiedliwości. Nie byłaby w stanie nic przełknąć.
Kwestii odzyskania sił kobieta nawet nie raczyła skomentować.
Wiadomość o wrzosach przyjęła rzeczywiście... rozczarowana. Za kilka dni…
Miała ochotę zapytać dlaczego zatem nie przyjechał za owe, bliżej nieokreślone “kilka dni”, kiedy spacer miałby jakikolwiek sens. Co takiego się wydarzyło, że zdołał wcisnąć tą wizytę w swój napięty grafik. Zanim jednak otworzyła usta, dostała odpowiedź na swoje niezadane pytanie.
Oczywiście.
- Powinniśmy wreszcie porozmawiać…
Potrzebowała paru sekund zanim w pełni dotarło do niej co Robert ma na myśli.
Puściła zasłonę, a pustą filiżankę odstawiła na jedyną wolną powierzchnię jaką miała pod ręką - gzyms kominka. Przez moment mogło się wydawać, że Lorien bez słowa wróci do czytania, biorąc pod uwagę jak szybko zdecydowała się odejść od okna, ale zatrzymała się przy fotelu tylko po to, by założyć szpilki.
Wyjątkowo nieadekwatne obuwie do snucia się po rezydencji.
- Wiesz Robercie, mój ojciec zawsze powtarzał, że nie bez powodu Wizengamot obraduje na najniższych piętrach. Jakie dobre decyzje można podjąć, gdy rozprasza nas piękno zachodzącego słońca?
Wiedział co miała na myśli.
Przecież nie był tak ślepy czy głupi, by nie zauważyć, że chyba za sobą mieli etap kwiatów, czułych słów czy prowadzonych szeptem rozmów zwieńczonych nieprzemyślanymi, może zbyt pochopnymi decyzjami, których dowód tkwił teraz uparcie na ich serdecznych palcach.
Stukając obcasami podeszła wreszcie do męża.
- Masz rację. Powinniśmy…- Powiedziała wręcz spolegliwie.
Ostrożnie wygładziła jakieś niewidoczne zagięcie materiału na jego ramieniu. Nie wnikała dlaczego w lipcu nosił się tak ciepło. Angielska pogoda bywała szalenie nieprzewidywalna. Może w tej chwili w Londynie trwało oberwanie chmury i nawałnice.- Ale.- Dodała nieco twardszym tonem. Tonem, który o wiele bardziej przypominał panią Mulciber niż zagubioną ptaszynę. Wzięła głęboki oddech, jakby potrzebowała zebrać wszystkie siły jakie jeszcze jej zostały.- Wpierw zabierzesz mnie na spacer. Tam nie będziemy rozmawiać. Przynajmniej z początku. Usiądziemy na chwilę na ławce, poudajemy, że obchodzą nas te wrzosy i obiecamy sobie, że kiedyś na pewno zobaczymy je w pełnej krasie. Kiedy będą tak piękne jak na obrazach Ethel. Potem powiem, że przepraszam, że Cię zawiodłam. Powiesz mi, że nic się nie stało, że spróbujemy znowu. I oboje będziemy wiedzieć, że kłamiemy.- Cofnęła dłonie od męża, przez moment trzymając je jeszcze w powietrzu, nie mogąc za bardzo zdecydować się co z nimi zrobić. Ostatecznie objęła się za ramiona, wbijając paznokcie w materiał szaty. Ból trzymał ją w ryzach. Zupełnie jakby potrzebowała teraz uziemienia, zanim rozpadnie się na tysiąc niekompletnych kawałeczków.
Oparła się plecami o ościeże drzwi, stojąc na progu pokoju. Ani gotowa do wyjścia na zewnątrz, ani do pozostania w środku. Zawieszona w próżni.
– A kiedy cisza stanie się nieznośna, powiesz, że powinniśmy wracać do środka. Zgodzę się. Usiądziemy w gabinecie twojego ojca. Albo w jadalni. Albo nawet tutaj. Gdziekolwiek tylko nie w sypialni. Napijemy się wina. I wtedy, dopiero wtedy podejmiemy jakiekolwiek decyzje.
Wypowiadając ostatnie słowa Lorien wreszcie zdobyła się na spojrzenie mężczyźnie w oczy. Nie szukała w nich żadnych głębszych emocji, zrozumienia swojego bólu. Zamiast tego wyraźnie oczekiwała odpowiedzi. Przechyliła lekko głowę i uniosła lewą brew w niemym pytaniu “mamy deal?”.
W swojej małej zbroi z makijażu, biżuterii i drogiej szaty, zdawała się mieć pełną kontrolę nad sytuacją. Ale wystarczyło jedno uważniejsze spojrzenie, by zauważyć jak kiepska była to maska - zaciśnięte usta kobiety drżały, oddech był krótki i przerywany, a oczy lśniły od łez, które tak zaciekle próbowała powstrzymać.
A mimo to stała niewzruszona jak posąg, pozwalając mężowi zadecydować czy przystaje na jej warunki. Nie pośpieszała go, nie wywierała niepotrzebnej presji. Ot czekała.
- Robercie, nie jestem głodna.- Powtórzyła powoli, kładąc odpowiedni nacisk zarówno na imię męża jak i magiczne słówko “nie”. Nie chciała brzmieć jak dziecko, które odmówiło kolacji, bo podano znienawidzoną brukselkę; bardziej zależało jej na tym, by zrozumiał, że nie musi się martwić. Nie głodziła się. Już nie.
Z drugiej strony nie chciała za bardzo wchodzić w szczegóły, tłumaczyć, że wieczory są najgorsze. Nawet jeśli za dnia jakoś funkcjonowała, to gdy nadchodził zmierzch wszystko wracało. Cały ból, żałoba, poczucie straszliwego zagubienia i niesprawiedliwości. Nie byłaby w stanie nic przełknąć.
Kwestii odzyskania sił kobieta nawet nie raczyła skomentować.
Wiadomość o wrzosach przyjęła rzeczywiście... rozczarowana. Za kilka dni…
Miała ochotę zapytać dlaczego zatem nie przyjechał za owe, bliżej nieokreślone “kilka dni”, kiedy spacer miałby jakikolwiek sens. Co takiego się wydarzyło, że zdołał wcisnąć tą wizytę w swój napięty grafik. Zanim jednak otworzyła usta, dostała odpowiedź na swoje niezadane pytanie.
Oczywiście.
- Powinniśmy wreszcie porozmawiać…
Potrzebowała paru sekund zanim w pełni dotarło do niej co Robert ma na myśli.
Puściła zasłonę, a pustą filiżankę odstawiła na jedyną wolną powierzchnię jaką miała pod ręką - gzyms kominka. Przez moment mogło się wydawać, że Lorien bez słowa wróci do czytania, biorąc pod uwagę jak szybko zdecydowała się odejść od okna, ale zatrzymała się przy fotelu tylko po to, by założyć szpilki.
Wyjątkowo nieadekwatne obuwie do snucia się po rezydencji.
- Wiesz Robercie, mój ojciec zawsze powtarzał, że nie bez powodu Wizengamot obraduje na najniższych piętrach. Jakie dobre decyzje można podjąć, gdy rozprasza nas piękno zachodzącego słońca?
Wiedział co miała na myśli.
Przecież nie był tak ślepy czy głupi, by nie zauważyć, że chyba za sobą mieli etap kwiatów, czułych słów czy prowadzonych szeptem rozmów zwieńczonych nieprzemyślanymi, może zbyt pochopnymi decyzjami, których dowód tkwił teraz uparcie na ich serdecznych palcach.
Stukając obcasami podeszła wreszcie do męża.
- Masz rację. Powinniśmy…- Powiedziała wręcz spolegliwie.
Ostrożnie wygładziła jakieś niewidoczne zagięcie materiału na jego ramieniu. Nie wnikała dlaczego w lipcu nosił się tak ciepło. Angielska pogoda bywała szalenie nieprzewidywalna. Może w tej chwili w Londynie trwało oberwanie chmury i nawałnice.- Ale.- Dodała nieco twardszym tonem. Tonem, który o wiele bardziej przypominał panią Mulciber niż zagubioną ptaszynę. Wzięła głęboki oddech, jakby potrzebowała zebrać wszystkie siły jakie jeszcze jej zostały.- Wpierw zabierzesz mnie na spacer. Tam nie będziemy rozmawiać. Przynajmniej z początku. Usiądziemy na chwilę na ławce, poudajemy, że obchodzą nas te wrzosy i obiecamy sobie, że kiedyś na pewno zobaczymy je w pełnej krasie. Kiedy będą tak piękne jak na obrazach Ethel. Potem powiem, że przepraszam, że Cię zawiodłam. Powiesz mi, że nic się nie stało, że spróbujemy znowu. I oboje będziemy wiedzieć, że kłamiemy.- Cofnęła dłonie od męża, przez moment trzymając je jeszcze w powietrzu, nie mogąc za bardzo zdecydować się co z nimi zrobić. Ostatecznie objęła się za ramiona, wbijając paznokcie w materiał szaty. Ból trzymał ją w ryzach. Zupełnie jakby potrzebowała teraz uziemienia, zanim rozpadnie się na tysiąc niekompletnych kawałeczków.
Oparła się plecami o ościeże drzwi, stojąc na progu pokoju. Ani gotowa do wyjścia na zewnątrz, ani do pozostania w środku. Zawieszona w próżni.
– A kiedy cisza stanie się nieznośna, powiesz, że powinniśmy wracać do środka. Zgodzę się. Usiądziemy w gabinecie twojego ojca. Albo w jadalni. Albo nawet tutaj. Gdziekolwiek tylko nie w sypialni. Napijemy się wina. I wtedy, dopiero wtedy podejmiemy jakiekolwiek decyzje.
Wypowiadając ostatnie słowa Lorien wreszcie zdobyła się na spojrzenie mężczyźnie w oczy. Nie szukała w nich żadnych głębszych emocji, zrozumienia swojego bólu. Zamiast tego wyraźnie oczekiwała odpowiedzi. Przechyliła lekko głowę i uniosła lewą brew w niemym pytaniu “mamy deal?”.
W swojej małej zbroi z makijażu, biżuterii i drogiej szaty, zdawała się mieć pełną kontrolę nad sytuacją. Ale wystarczyło jedno uważniejsze spojrzenie, by zauważyć jak kiepska była to maska - zaciśnięte usta kobiety drżały, oddech był krótki i przerywany, a oczy lśniły od łez, które tak zaciekle próbowała powstrzymać.
A mimo to stała niewzruszona jak posąg, pozwalając mężowi zadecydować czy przystaje na jej warunki. Nie pośpieszała go, nie wywierała niepotrzebnej presji. Ot czekała.