Właśnie czas jej się mocno nie zgadzał. Czas, jej dziwaczny spokój… to po pierwsze, co ją tak alarmowało. Po drugie to jak ją zignorowała w formie kota. Nie było żadnego "sorry, coś mi się przypomniało", ani żadnego "kupię ci tę czekoladę później" (choć tak po prawdzie to Ginewra poprosiła o czekoladę tylko dlatego, że Nell wybierała się do Hogsmeade i po to, by dać jej tam jakiś głębszy cel i zajęcie, a także pretekst, żeby ją później odwiedziła – chciała jej pomóc jak mogła najlepiej z tym, by zapomniała o tej kłótni i złości). To trzecie ta różdżka i ubranie… im więcej sekund upływało, tym bardziej czuła, że coś tutaj jest mocno nie tak.
Aż za bardzo nie tak.
Jeszcze to jąkanie. Zestresowana Nell – o, to był obrazek, za który Cathal pewnie wiele by zapłacił, uwieczniłby się w jego pamięci już na zawsze. Bo wkurzona Bagshot to była standardowa procedura, zaś to… to nawet Ginny wprawiło w konsternację. I takie przeczucie, że to chyba nie jest Nell. Ta myśl, niczym irytująca mucha, brzęczała jej teraz po głowie.
I uplastycznia się tym bardziej, gdy Nell powiedziała, że nie zauważyła jak podeszła. A przecież ją widziała, na bogów, nie było tutaj żadnego innego kota rasy abisyńskiej, albo wyglądającego jak ona w swojej animagiej formie. Nell doskonale wiedziała, widziała ją w akcji wiele razy, patrzyła na nią chwilę temu i ją zignorowała, czym tak obraziła Ginewrę. To nie tak, że blondynka nagle zapomniała z kim rozmawia, bo zwróciła się do niej po imieniu, ale że nie zauważyła? O, to było kłamstwo. Chyba że nie było i to nie była Nell – i wszystko na to wskazywało.
– Właściwie to potrzebuję. Chyba zostawiłam tam swoje przybory – i to wcale nie do malowania, a skrzynkę z medycznymi specyfikami i narzędziami, które ze sobą nosiła. Ale wcale ich tam nie zostawiła, bo doskonale wiedziała, że były w jej własnym namiocie. Po prostu palnela pierwsze lepsze co jej ślina na język przyniosła. To nie miało zresztą większego znaczenia, bo ten nerwowy gest Nell, to jak zaczęła bawić się włosami, to było już dla Guinevere za dużo. – Ano, miałaś. Chyba zapomniałaś o czekoladzie – rzuciła cierpko i nieznacznie uniosła swoją różdżkę. Nie po to by postraszyć, a żeby zaklęciem zmienić tę Nell-nie-Nell w coś… mniej szkodliwego. A dokładniej – żeby ją napompować calą, jak kielbaskę, zwłaszcza jej paluszki – by puściła różdżkę i miała utrudnioną możliwość poruszania się. Nie skrzywdziłaby jej, a skąd, ale zamierzała utrudnić jej życie i unieszkodliwić, a gdy różdżkę upuściła – to ją sobie po prostu wziąć.
– POMOCY! – wydarła się za to, bo choć pomocy wcale nie potrzebowała, to wolała nie ryzykować, że coś dziwnego się zaraz stanie. Wolała zaalarmować resztę obozu, albo chociaż tych, którzy usłyszeli jej wolanie. Bo w następnej kolejności zamierzała jakimiś linami obwiązać ciało paniusi i przesłuchać, ale może niekoniecznie tu, na zewnątrz. Ale to były tylko plany.
Transmutacja
Sukces!
Sukces!