01.04.2024, 18:04 ✶
Isaac wykazywał się sporym entuzjazmem jeżeli chodziło o bar Lizzy i jej stałych bywalców. Otoczenie, atmosfera, alkohol wchodził jak złoto. Może trochę szkoda, że nie wiedział dwóch spraw: po pierwsze Lizzy sama pędziła swoją ognistą, przez co alkohol w miarę znany i rozpoznawany w okolicznościach miejskich tu miał te kilka procent robiących różnicę. Druga rzecz, że Lizzy nigdy nie oszczędzała przy podwójnych, bo stodoły, które u niej piły miały azbestowe żołądki i legendarną wręcz wytrzymałość na alkohol.
Samuel przyjął szklankę wciąż przypatrując się obcemu z zaciekawieniem. Wypił wszystko, bo to nie było tak, że był alkoholowym prawiczkiem. Wręcz przeciwnie, lubił pić nawet jeśli nie robił tego często. Zazwyczaj potrzebował po temu jednak okazji innej niż... patrzenie jak niszczy się jakiś miastowy w otoczeniu rozbawionych rolników. Pijąc nie powiedział ani słowa, zupełnie jakby był antytezą Isaaca. Milczący obserwator zdarzeń, który prędzej sięgnąłby po niedźwiedzie ramiona i złowrogo wyszczerzone zębiska, aniżeli giętki język komplementów i pustych frazesów. Tak zwany argument siły, zamiast siły argumentu.
Niebieskie oczy odprowadziły Isaaca, nikt nie zastąpił mu drogi, gdy wyszedł na zewnątrz po słodkim pożegnaniu. Alkohol najwidoczniej jednak zrobił swoje, bo chłopak wybrał najbliższe możliwe drzwi, czyli te na zapleczu, tuż za Samem. Noc trwała w najlepsze i nie zauważył w pierwszej chwili, że to nie brukowana ulica, a brukowana ścieżka w cudzym ogródku. Gwiazdy na niebie świeciły przyjemnie, wiatr łaskotał ogorzałą od barwionego karmelem bimbru twarz. Niespodziewanie wyrosła przed nim drewniana ściana stodoły.
Usłyszał za sobą leniwe mlaśnięcie.
– Wiesz, że nie podejmę Cię tak wystawnie jak Lizzy prawda? Ale nie da się ukryć, że nocleg w szopie jest za darmo, więc jeżeli aż taką masz ochotę dzielić ze mną słomę. – Chmurny blondyn który wyszedł za nim mówił cicho, nieco szorstko, choć nie dało się ukryć, że najwidoczniej rzeczywiście nie miał nic przeciwko. – Mam tylko nadzieję, że nie będziesz tyle gadać. Już wystarczy, że obudzili mnie z Twojego powodu. – burknął jeszcze wymijając go i wchodząc do szopy. Od progu powitało go głośne zdublowane beczenie dwóch najwidoczniej stęsknionych mieszkanek szopki.
Samuel przyjął szklankę wciąż przypatrując się obcemu z zaciekawieniem. Wypił wszystko, bo to nie było tak, że był alkoholowym prawiczkiem. Wręcz przeciwnie, lubił pić nawet jeśli nie robił tego często. Zazwyczaj potrzebował po temu jednak okazji innej niż... patrzenie jak niszczy się jakiś miastowy w otoczeniu rozbawionych rolników. Pijąc nie powiedział ani słowa, zupełnie jakby był antytezą Isaaca. Milczący obserwator zdarzeń, który prędzej sięgnąłby po niedźwiedzie ramiona i złowrogo wyszczerzone zębiska, aniżeli giętki język komplementów i pustych frazesów. Tak zwany argument siły, zamiast siły argumentu.
Niebieskie oczy odprowadziły Isaaca, nikt nie zastąpił mu drogi, gdy wyszedł na zewnątrz po słodkim pożegnaniu. Alkohol najwidoczniej jednak zrobił swoje, bo chłopak wybrał najbliższe możliwe drzwi, czyli te na zapleczu, tuż za Samem. Noc trwała w najlepsze i nie zauważył w pierwszej chwili, że to nie brukowana ulica, a brukowana ścieżka w cudzym ogródku. Gwiazdy na niebie świeciły przyjemnie, wiatr łaskotał ogorzałą od barwionego karmelem bimbru twarz. Niespodziewanie wyrosła przed nim drewniana ściana stodoły.
Usłyszał za sobą leniwe mlaśnięcie.
– Wiesz, że nie podejmę Cię tak wystawnie jak Lizzy prawda? Ale nie da się ukryć, że nocleg w szopie jest za darmo, więc jeżeli aż taką masz ochotę dzielić ze mną słomę. – Chmurny blondyn który wyszedł za nim mówił cicho, nieco szorstko, choć nie dało się ukryć, że najwidoczniej rzeczywiście nie miał nic przeciwko. – Mam tylko nadzieję, że nie będziesz tyle gadać. Już wystarczy, że obudzili mnie z Twojego powodu. – burknął jeszcze wymijając go i wchodząc do szopy. Od progu powitało go głośne zdublowane beczenie dwóch najwidoczniej stęsknionych mieszkanek szopki.