27.03.2024, 18:06 ✶
Mugolaki zawsze żyły na granicy światów.
Brenna, choć gorąca przeciwniczka idei czystej krwi, doskonale zdawała sobie z tego sprawę - może dlatego właśnie, że nigdy mugolaków nie unikała. Widziała, że trafiali do absolutnie obcego sobie świata, z dnia na dzień dosłownie. Przestawali należeć do tego niemagicznego, a jednocześnie w tym nowym nie byli w pełni akceptowani. Ich więzi z rodzinami i dawnymi przyjaciółmi stanowiły też wyrwę między dwiema rzeczywistościami - wyrwę, która wraz z rozwojem mugolskiej technologii mogła doprowadzić do katastrofy.
Ale rozwiązaniem nie były dyskryminacja i masowe zabójstwa, a raczej obserwowanie sytuacji i uczenie się o mugolach więcej. Przynajmniej w jej oczach.
- Uwielbiam żenujące historie. Ale słowo honoru, będę milczała jak grób i opowiadała wszystkim o drzewach owocowych, kwiatkach twojej mamy i pysznym cieście. I o traktorze... a nie, zaraz. Nie mogę opowiadać o traktorze mojemu bratu - powiedziała Brenna, która wprawdzie dziwnych przygód dziś się nie spodziewała, ale gdyby takie się pojawiły, przyjęłaby je bez choćby odrobiny zdziwienia.
– Cześć, Susan, cześć Lucas, miło was poznać, Marnie i Samantha - przywitała się Brenna uprzejmie, na koniec uśmiechając się jeszcze do nastolatka. Nieufne spojrzenia? Była gliną. Nieufne spojrzenia towarzyszyły jej z tego tytułu bardzo regularnie. Ilość osób w domu Hardwicków zaś mogłaby kogoś przytłoczyć, ale w Warowni przecież na stałe mieszkało wiele osób, a Brenna całe lata spędziła w Hogwarcie i pracowała w Ministerstwie Magii - przywykła do tłumów. Żałowała jedynie tego, że nie spytała, ile osób z obecnych wie, że Thomas był czarodziejem - rodzeństwo pewnie tak, ale już ich dzieci czy małżonkowie chyba niekoniecznie? Miała niejasne wrażenie, że taka Samatha mogłaby uznać męża za szalonego, gdyby zaczął tłumaczyć, że w jego rodzinie jest czarownik. Odnotowała w każdym razie, by na wszelki wypadek uważać, co mówi i do kogo mówi. - Chętnie pomogę ze stołem - obiecała.
Słowa Thomasa o „starciu” i jakaś nowa niepewność w tonie i sposobie, w jaki się poruszał, sugerowały, że pan Hardwick jest tutaj jak ostateczny przeciwnik z komiksów o Spider Manie czy Sauron we Władcy Pierścieni. Wszyscy inni, dodający trucizny do ciasteczek, stanowili zaledwie przygrywkę, mającą pomóc bohaterowi w przygotowaniu się do tego finałowego starcia. To napięcie mogło to wynikać z wielu czynników: napięcia na linii ojciec – syn, goryczy związanej z chorobą i problemami z gospodarstwem, braku akceptacji wobec „nienormalności” Thomasa i tak dalej, i tak dalej… Na razie za wcześnie było na wyciąganie wniosków, ale czuła podskórnie, że tutaj powinna być trochę ostrożniejsza niż do tej pory.
Na widok Matthewa jednak od razu ścisnęło się jej serce.
Starość i choroby były paskudne. W mugolskim świecie jeszcze bardziej niż w czarodziejskim.
– Dzień dobry, panie Hardwick – przywitała się, gdy zwrócił na nią swoje spojrzenie, a potem po raz trzeci powtórzyła swoją nową mantrę, którą pewnie miała jeszcze wygłosić przy spotkaniu z Abigail i braćmi wracającymi z pastwiska. Na tę myśl jakoś nagle nawiedziło ją trochę złe przeczucie: czy oni skończyli się już tam kłócić…? – Brenna, pracuję z pańskim synem, poprosiłam, żeby przy okazji wizyty u rodziny pokazał mi okolicę – oświadczyła, nawet nie do końca kłamiąc. Po prostu pomijając ogromną część prawdy, czyli w tę, w której nie chciała zostawiać go samego w obliczu rodziny gotowej porozrywać się na strzępy dla gospodarki.
Brenna, choć gorąca przeciwniczka idei czystej krwi, doskonale zdawała sobie z tego sprawę - może dlatego właśnie, że nigdy mugolaków nie unikała. Widziała, że trafiali do absolutnie obcego sobie świata, z dnia na dzień dosłownie. Przestawali należeć do tego niemagicznego, a jednocześnie w tym nowym nie byli w pełni akceptowani. Ich więzi z rodzinami i dawnymi przyjaciółmi stanowiły też wyrwę między dwiema rzeczywistościami - wyrwę, która wraz z rozwojem mugolskiej technologii mogła doprowadzić do katastrofy.
Ale rozwiązaniem nie były dyskryminacja i masowe zabójstwa, a raczej obserwowanie sytuacji i uczenie się o mugolach więcej. Przynajmniej w jej oczach.
- Uwielbiam żenujące historie. Ale słowo honoru, będę milczała jak grób i opowiadała wszystkim o drzewach owocowych, kwiatkach twojej mamy i pysznym cieście. I o traktorze... a nie, zaraz. Nie mogę opowiadać o traktorze mojemu bratu - powiedziała Brenna, która wprawdzie dziwnych przygód dziś się nie spodziewała, ale gdyby takie się pojawiły, przyjęłaby je bez choćby odrobiny zdziwienia.
– Cześć, Susan, cześć Lucas, miło was poznać, Marnie i Samantha - przywitała się Brenna uprzejmie, na koniec uśmiechając się jeszcze do nastolatka. Nieufne spojrzenia? Była gliną. Nieufne spojrzenia towarzyszyły jej z tego tytułu bardzo regularnie. Ilość osób w domu Hardwicków zaś mogłaby kogoś przytłoczyć, ale w Warowni przecież na stałe mieszkało wiele osób, a Brenna całe lata spędziła w Hogwarcie i pracowała w Ministerstwie Magii - przywykła do tłumów. Żałowała jedynie tego, że nie spytała, ile osób z obecnych wie, że Thomas był czarodziejem - rodzeństwo pewnie tak, ale już ich dzieci czy małżonkowie chyba niekoniecznie? Miała niejasne wrażenie, że taka Samatha mogłaby uznać męża za szalonego, gdyby zaczął tłumaczyć, że w jego rodzinie jest czarownik. Odnotowała w każdym razie, by na wszelki wypadek uważać, co mówi i do kogo mówi. - Chętnie pomogę ze stołem - obiecała.
Słowa Thomasa o „starciu” i jakaś nowa niepewność w tonie i sposobie, w jaki się poruszał, sugerowały, że pan Hardwick jest tutaj jak ostateczny przeciwnik z komiksów o Spider Manie czy Sauron we Władcy Pierścieni. Wszyscy inni, dodający trucizny do ciasteczek, stanowili zaledwie przygrywkę, mającą pomóc bohaterowi w przygotowaniu się do tego finałowego starcia. To napięcie mogło to wynikać z wielu czynników: napięcia na linii ojciec – syn, goryczy związanej z chorobą i problemami z gospodarstwem, braku akceptacji wobec „nienormalności” Thomasa i tak dalej, i tak dalej… Na razie za wcześnie było na wyciąganie wniosków, ale czuła podskórnie, że tutaj powinna być trochę ostrożniejsza niż do tej pory.
Na widok Matthewa jednak od razu ścisnęło się jej serce.
Starość i choroby były paskudne. W mugolskim świecie jeszcze bardziej niż w czarodziejskim.
– Dzień dobry, panie Hardwick – przywitała się, gdy zwrócił na nią swoje spojrzenie, a potem po raz trzeci powtórzyła swoją nową mantrę, którą pewnie miała jeszcze wygłosić przy spotkaniu z Abigail i braćmi wracającymi z pastwiska. Na tę myśl jakoś nagle nawiedziło ją trochę złe przeczucie: czy oni skończyli się już tam kłócić…? – Brenna, pracuję z pańskim synem, poprosiłam, żeby przy okazji wizyty u rodziny pokazał mi okolicę – oświadczyła, nawet nie do końca kłamiąc. Po prostu pomijając ogromną część prawdy, czyli w tę, w której nie chciała zostawiać go samego w obliczu rodziny gotowej porozrywać się na strzępy dla gospodarki.
Don't promise to live forever. Promise to forever live while you're alive.