27.03.2024, 09:50 ✶
Nie trzęsła się, nie strzelała spojrzeniem byle dalej od niego. Miała wyprostowaną sylwetkę i postawę, która zmieniła się błyskawicznie w chwili, gdy tylko dotarło do niej, że przecież są na terenie szpitala i każdy mógł słyszeć, o czym rozmawiają. Zniknęła niepewność, zniknął też strach, który na początku jej towarzyszył. Zupełnie jakby poruszył strunę, która sprawiła, że nagle coś w jej mózgu zrobiło ciche klik. Nadepnął nie na to miejsce, przychodząc tutaj, ale w zasadzie... Gdyby nie to, to czy w ogóle by mieli okazję porozmawiać? Bo jeżeli słał jakiekolwiek listy, to Camille nawet ich nie otwierała. Wyrzucała je od razu do kosza bez zapoznania się z zawartością. Bo wiedziała, że gdyby pozwoliła sobie na otwarcie chociaż jednego, na jedną małą iskierkę nadziei, to wszystko by się posypało jak domek z kart.
- Możemy iść na kawę - powiedziała w końcu, odrobinę łagodząc ton. Była zła i zraniona, ale to nie znaczyło, że odczuwała przyjemność z faktu, że ktokolwiek miałby się przed nią płaszczyć. Laurence co prawda tego nie robił, ale widziała w jego oczach tyle emocji, że żal był tylko jedną z nich. Dlatego oderwała wzrok od jego twarzy i schowała teczki do torby. Powoli, starannie, dbając o to, by nie pojawiło się przypadkiem żadne zagniecenie na papierze. - Masz rację, nie odpisałabym.
Dodała jeszcze, poprawiając obszerną torebkę na ramieniu, tak różną od tych, które zwykle nosiła na co dzień. Była na tyle duża, że spokojnie pomieściła wszystkie dokumenty. Camille wyprostowała się i zrobiła krok w stronę Laurenca. Zdecydowany, jakby mający go zmusić, żeby się przesunął. Skoro mieli iść, to dobrze by było, gdyby zrobił jej przejście. Nie chciała bawić się w dziecinne wymijanie się bokiem.
- Masz na myśli konkretne miejsce, czy idziemy do pierwszej lepszej kawiarni? - a najlepiej klubokawiarni, chociaż alkohol nie działał na nią tak, jak na innych. Przeklinała czasem ten "dar". Żałowała, że nie może po prostu się upić tak, by na chwilę zapomnieć o przeszłości. I owszem, wiedziała że to żadne rozwiązanie, ale czasem... Czasem dobrze by było móc tak normalnie wprowadzić się w euforyczny stan. Delacour zrobiła jeszcze dwa małe kroki. Lestrange mógł poczuć, że przez te lata zmieniła perfumy. Były cięższe, mniej orzeźwiające, było tam mniej wyczuwalnych, kwiatowych nut. Bardziej do niej pasowały, przynajmniej w takim stanie, który reprezentowała teraz. Dała mu znak ręką, by prowadził. Jeśli nie miał na myśli niczego konkretnego, wejdą po prostu tam, gdzie zobaczą szyld i tyle. Dla niej najważniejsze było to, by opuścić teren Munga.
- Możemy iść na kawę - powiedziała w końcu, odrobinę łagodząc ton. Była zła i zraniona, ale to nie znaczyło, że odczuwała przyjemność z faktu, że ktokolwiek miałby się przed nią płaszczyć. Laurence co prawda tego nie robił, ale widziała w jego oczach tyle emocji, że żal był tylko jedną z nich. Dlatego oderwała wzrok od jego twarzy i schowała teczki do torby. Powoli, starannie, dbając o to, by nie pojawiło się przypadkiem żadne zagniecenie na papierze. - Masz rację, nie odpisałabym.
Dodała jeszcze, poprawiając obszerną torebkę na ramieniu, tak różną od tych, które zwykle nosiła na co dzień. Była na tyle duża, że spokojnie pomieściła wszystkie dokumenty. Camille wyprostowała się i zrobiła krok w stronę Laurenca. Zdecydowany, jakby mający go zmusić, żeby się przesunął. Skoro mieli iść, to dobrze by było, gdyby zrobił jej przejście. Nie chciała bawić się w dziecinne wymijanie się bokiem.
- Masz na myśli konkretne miejsce, czy idziemy do pierwszej lepszej kawiarni? - a najlepiej klubokawiarni, chociaż alkohol nie działał na nią tak, jak na innych. Przeklinała czasem ten "dar". Żałowała, że nie może po prostu się upić tak, by na chwilę zapomnieć o przeszłości. I owszem, wiedziała że to żadne rozwiązanie, ale czasem... Czasem dobrze by było móc tak normalnie wprowadzić się w euforyczny stan. Delacour zrobiła jeszcze dwa małe kroki. Lestrange mógł poczuć, że przez te lata zmieniła perfumy. Były cięższe, mniej orzeźwiające, było tam mniej wyczuwalnych, kwiatowych nut. Bardziej do niej pasowały, przynajmniej w takim stanie, który reprezentowała teraz. Dała mu znak ręką, by prowadził. Jeśli nie miał na myśli niczego konkretnego, wejdą po prostu tam, gdzie zobaczą szyld i tyle. Dla niej najważniejsze było to, by opuścić teren Munga.