27.03.2024, 01:16 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 27.03.2024, 01:18 przez The Lightbringer.)
Nie wiedział, co ma zrobić z rękoma.
Niespokojne palce, które wcześniej gorączkowo rozpinały najwyższe guziki rozchełstanej koszuli, zastygły, gdy napotkały na swej drodze skromny krzyżyk na prostym rzemyku, zwieszający się z szyi mężczyzny gdzieś do wysokości mostka. Jim zacisnął mimowolnie dłoń na drewnie krzyżyka.
Nie powinienem, pomyślał, patrząc na wino w dłoniach Diany. Czy właśnie to czuł Adam, kiedy Ewa dzieliła się z nim owocem z drzewa poznania dobrego i złego? Przecież znał wszystkie rośliny i zwierzęta zamieszkujące rajskie ogrody - znał więc także wymiar boskiej kary, jaka groziła za jego spróbowanie. A jednak, kiedy widział jak Ewa wbija pożądliwie zęby w soczysty miąższ owocu, pozwalając, by nektar spływał jej po brodzie, czy potrafił się powstrzymać przed zlizaniem słodkiego soku z jej lepkich ust? Tak, grzech pierworodny musiał być słodki - równie słodki, co głos Diany, kiedy kusiła go teraz łagodnymi słowy i hipnotyzującym gestem, pomyślał Jim, patrząc, jak kobieta odstawia kielich z winem - jakżeby inaczej, skoro mężczyzna przyjmował go z ust z rąk ukochanej kobiety?
- Jestem takim samym grzesznikiem, jak i ty, a nawet gorszym. - Jim zmarszczył brwi, zastanawiając się, jak najprościej mógłby wyjaśnić Dianie zawiłość całego problemu. - Ja znam zasady wiary, więc kiedy grzeszę, robię to świadomie - ty zaś, Diano... - zawahał się nagle. Ujął dłoń kobiety w błagalnym geście, jego twarz poważna, choć przepełniona wzburzeniem.
Nie potrafił czasem pojąć dualistycznej natury Diany - pogodzić perlistego śmiechu wysadzanego niewinnością z sadystycznym uśmieszkiem wykrzywiającym niekiedy jej jakże anielską twarz w grymasie - wierzył jednak głęboko w słuszność posłannictwa świętego Jan Ewangelisty, kiedy ten pisał w Apokalipsie: "obyś był zimny albo gorący". Człowiek "gorący" żarliwie głosił boże posłannictwo i podporządkowywał całe swoje życie Panu, zaś "zimny" - nie chciał służyć Bogu, a wręcz wzdragał się przed jego słowem. Choć mogło się to zdawać szokujące, Apostoł dozwalał na istnienie skrajności - dobra i zła - a potępiał tylko tych wyznawców kościoła w Laodycei, którzy plasowali się gdzieś pośrodku, a więc tych, którzy w swej wierze byli "letni" - ani gorący, ani zimni - po prostu obojętni.
- ...Czasami, mam wrażenie, że twoja dusza jest bielsza niż skrzydło synogarlicy, a czasem - że jest czarniejsza niż bezgwiezdna noc. Ja w oczach Boga jestem więc nijaki - bo skrywa się we mnie pięćdziesiąt twarzy szarości. Łatwiej jest przejść z jednej skrajności w drugą, niż wyrwać się z marazmu obojętności.
W końcu, jednym z najprostszych, najbardziej monumentalnych wniosków, jakie można było wysnuć z lektury Pisma Świętego, było to, że Bóg kocha najbardziej właśnie tych największych grzeszników.
Uśmiechnął się więc łagodnie, może tylko trochę smutno, kiedy stojąca przed nim, drobna, filigranowa wręcz kobieta, zaczęła mówić o tym, że zasługuje na ból, na potępienie, że Jim nią gardzi... Kim był, by potępiać Dianę, która oferowała mu przed chwilą kielich niczym Jezus w wieczerniku? Której papieros spowijał ich smużkami dymu, niby wonne kadzidło?
Nie powinienem, pomyślał znów Jim, przenosząc wzrok na jej usta, szepczące bluźnierstwa, tylko po to, by po chwili unieść dłoń i wyjąć spomiędzy nich na wpół wypalony papieros.
Nie wiedzieć kiedy, nagle ich twarze dzieliły tylko centymetry, a on, z niewinnie spuszczonymi oczami - czasem tylko ryzykując spojrzenie w ziejące pustką, ciemne oczy kobiety - gestem pełnym czułości, delikatnie odgarnął łaskoczące go w policzek anielskoblond włosy Diany, których pasma opadały na jej twarz. Zbliżył się do niej - tak, że jego wargi musnęły niemal policzek kobiety, kiedy nachylił się, by szepnąć jej do ucha.
- Nie jesteś złą osobą, Diano - powiedział cicho. - Zasługujesz na miłość.
Judaszowy pocałunek, który złożył na jej policzku, zanim znów się od niej odsunął, przypieczętował tylko jego słowa. Nie wiedział, co właściwie teraz czuje. Gniew? Wobec kogo, siebie? Boga...? Wstyd? Euforię? Echo prośby Diany wciąż odbijało się pośród myśli mężczyzny. Chciała usnąć w jego ramionach, ale on nie wiedział, jak mógłby zasnąć po tym, co właśnie usłyszał.
Bardzo powoli - nie odrywając ani na chwilę wzroku od jej twarzy, jak zahipnotyzowany - zniżył się przed nią na kolana.
- Uklęknij.
Głos Jima wibrował mocą, której nie spodziewał się w sobie odnaleźć. Zniknęła z niego niepewność, zniknęło drżenie. Podniósł głowę, tak by patrzeć Dianie prosto w twarz.
- Pomódl się ze mną - rozkazał beznamiętnym tonem.
Być może, będąc na kolanach, rzeczywiście zajmowało się najpotężniejszą pozycję z wszystkich możliwych.
Niespokojne palce, które wcześniej gorączkowo rozpinały najwyższe guziki rozchełstanej koszuli, zastygły, gdy napotkały na swej drodze skromny krzyżyk na prostym rzemyku, zwieszający się z szyi mężczyzny gdzieś do wysokości mostka. Jim zacisnął mimowolnie dłoń na drewnie krzyżyka.
Nie powinienem, pomyślał, patrząc na wino w dłoniach Diany. Czy właśnie to czuł Adam, kiedy Ewa dzieliła się z nim owocem z drzewa poznania dobrego i złego? Przecież znał wszystkie rośliny i zwierzęta zamieszkujące rajskie ogrody - znał więc także wymiar boskiej kary, jaka groziła za jego spróbowanie. A jednak, kiedy widział jak Ewa wbija pożądliwie zęby w soczysty miąższ owocu, pozwalając, by nektar spływał jej po brodzie, czy potrafił się powstrzymać przed zlizaniem słodkiego soku z jej lepkich ust? Tak, grzech pierworodny musiał być słodki - równie słodki, co głos Diany, kiedy kusiła go teraz łagodnymi słowy i hipnotyzującym gestem, pomyślał Jim, patrząc, jak kobieta odstawia kielich z winem - jakżeby inaczej, skoro mężczyzna przyjmował go z ust z rąk ukochanej kobiety?
- Jestem takim samym grzesznikiem, jak i ty, a nawet gorszym. - Jim zmarszczył brwi, zastanawiając się, jak najprościej mógłby wyjaśnić Dianie zawiłość całego problemu. - Ja znam zasady wiary, więc kiedy grzeszę, robię to świadomie - ty zaś, Diano... - zawahał się nagle. Ujął dłoń kobiety w błagalnym geście, jego twarz poważna, choć przepełniona wzburzeniem.
Nie potrafił czasem pojąć dualistycznej natury Diany - pogodzić perlistego śmiechu wysadzanego niewinnością z sadystycznym uśmieszkiem wykrzywiającym niekiedy jej jakże anielską twarz w grymasie - wierzył jednak głęboko w słuszność posłannictwa świętego Jan Ewangelisty, kiedy ten pisał w Apokalipsie: "obyś był zimny albo gorący". Człowiek "gorący" żarliwie głosił boże posłannictwo i podporządkowywał całe swoje życie Panu, zaś "zimny" - nie chciał służyć Bogu, a wręcz wzdragał się przed jego słowem. Choć mogło się to zdawać szokujące, Apostoł dozwalał na istnienie skrajności - dobra i zła - a potępiał tylko tych wyznawców kościoła w Laodycei, którzy plasowali się gdzieś pośrodku, a więc tych, którzy w swej wierze byli "letni" - ani gorący, ani zimni - po prostu obojętni.
- ...Czasami, mam wrażenie, że twoja dusza jest bielsza niż skrzydło synogarlicy, a czasem - że jest czarniejsza niż bezgwiezdna noc. Ja w oczach Boga jestem więc nijaki - bo skrywa się we mnie pięćdziesiąt twarzy szarości. Łatwiej jest przejść z jednej skrajności w drugą, niż wyrwać się z marazmu obojętności.
W końcu, jednym z najprostszych, najbardziej monumentalnych wniosków, jakie można było wysnuć z lektury Pisma Świętego, było to, że Bóg kocha najbardziej właśnie tych największych grzeszników.
Uśmiechnął się więc łagodnie, może tylko trochę smutno, kiedy stojąca przed nim, drobna, filigranowa wręcz kobieta, zaczęła mówić o tym, że zasługuje na ból, na potępienie, że Jim nią gardzi... Kim był, by potępiać Dianę, która oferowała mu przed chwilą kielich niczym Jezus w wieczerniku? Której papieros spowijał ich smużkami dymu, niby wonne kadzidło?
Nie powinienem, pomyślał znów Jim, przenosząc wzrok na jej usta, szepczące bluźnierstwa, tylko po to, by po chwili unieść dłoń i wyjąć spomiędzy nich na wpół wypalony papieros.
Nie wiedzieć kiedy, nagle ich twarze dzieliły tylko centymetry, a on, z niewinnie spuszczonymi oczami - czasem tylko ryzykując spojrzenie w ziejące pustką, ciemne oczy kobiety - gestem pełnym czułości, delikatnie odgarnął łaskoczące go w policzek anielskoblond włosy Diany, których pasma opadały na jej twarz. Zbliżył się do niej - tak, że jego wargi musnęły niemal policzek kobiety, kiedy nachylił się, by szepnąć jej do ucha.
- Nie jesteś złą osobą, Diano - powiedział cicho. - Zasługujesz na miłość.
Judaszowy pocałunek, który złożył na jej policzku, zanim znów się od niej odsunął, przypieczętował tylko jego słowa. Nie wiedział, co właściwie teraz czuje. Gniew? Wobec kogo, siebie? Boga...? Wstyd? Euforię? Echo prośby Diany wciąż odbijało się pośród myśli mężczyzny. Chciała usnąć w jego ramionach, ale on nie wiedział, jak mógłby zasnąć po tym, co właśnie usłyszał.
Bardzo powoli - nie odrywając ani na chwilę wzroku od jej twarzy, jak zahipnotyzowany - zniżył się przed nią na kolana.
- Uklęknij.
Głos Jima wibrował mocą, której nie spodziewał się w sobie odnaleźć. Zniknęła z niego niepewność, zniknęło drżenie. Podniósł głowę, tak by patrzeć Dianie prosto w twarz.
- Pomódl się ze mną - rozkazał beznamiętnym tonem.
Być może, będąc na kolanach, rzeczywiście zajmowało się najpotężniejszą pozycję z wszystkich możliwych.
gniew mój wybuchnie
jak ogień będzie płonął
i nikt nie zdoła go zgasić
jak ogień będzie płonął
i nikt nie zdoła go zgasić