Fascynująca historia. Stanley mógłby jej słuchać przez kolejne osiem wieczorów, gdyby zaszła tylko taka potrzeba. Miała trochę tego talentu aktorskiego. Czyżby marnowała się z tym swoim wróżbiarstwem? Mogła zostać najprawdziwszą gwiazdą, gdyby tylko zdała sobie z tego prawdę. W zaistniałej sytuacji straciłby tak wspaniałą współlokatorkę, więc postanowił jej o tym nie mówić - wolał mieć Rosie piętro wyżej.
- Rozumiem - nie rozumiał, ale kultura osobista wymagała, aby coś jej odparł. Mógł też po prostu pokiwać głową, robić dobrą minę do złej gry. Postawił jednak na dużo prostszy komunikat. No tak, Alexander... Przypominał sobie rok 1960. To ten z którym przegrał, cóż - tak też bywało. Wtedy jednak nie wiedział, że z Mulciberami ma więcej wspólnego, niż mogło mu się wydawać. Z perspektywy czasu nie miał mu tego za złe, chociaż tamtego lata, miał inną opinię na ten temat.
- O! Ha! Rzeczywiście - przetarł dłonie w zadowoleniu, a nazwa "miednica" wraz z pytaniem, zapadła mu głęboko w pamięci. Ambrosia jeszcze nie wiedziała, że po jej słowach, zgrana ekipa pod komendą Stanleya, będzie łapała się za głowę. Borgin też jeszcze nie wiedział, że ktoś go poprosi o miednicę, a ten zapyta czy jego serdeczny przyjaciel nie ma swojej? Tego nikt nie był w stanie przewidzieć - nawet Rosie w całej swojej świetności i o swoich umiejętnościach.
Mus porządku na biurko to było jedno z obciążeń genetycznych jakie otrzymał po swoim ojcu Robercie. Im dłużej się znali, tym więcej wspólnych punktów między nimi dostrzegał. Kiedyś sądził, że jest po prostu przyjebany jak gwóźdź do trumny. Teraz już wiedział, że to wina krwi, która płynęła w jego żyłach.
W zasadzie to Stanley nie wiedział, czy Rosie wiedziała kto jest jego ojcem. Może mogłaby wtedy mu bardziej współczuć albo całkowicie stracić w niego wiarę. Sam już się gubił w tym kto i co o nim wiedział. Nie chwalił się niby na lewo i prawo o fakcie posiadania ojca. Ale może wspominał o tym swojej ulubionej Rosie?
- Ciemnej doliny? - spojrzał na nią z politowaniem. Siedzieli w ciemnej norze, a nie jakiejś dolinie. Borgin w Dolinie to był dobre dwa miesiące temu, gdzie narobił tyle syfu jak mało kto. Na usta się pchały jedne słowa - idę doliną, gdzie zło nie jest mą winą. Tak też przecież było - Stanley odpowiadał za mniej, niż procent tego wszystko na Nokturnie.
- Kusząca propozycja ale mi tutaj bardzo dobrze. Nie bardzo chce mi się gdzieś bardziej ruszać - odparł - Rosie... Nie strasz, nie strasz. Żadnej kurwa ulewy nie będzie. Z cukru jesteś, że zaczęłaś się bać wody? - zapytał retorycznie, wszak znał odpowiedź na to pytanie - Tak długo jak trzymam stery tej łajby, tak długo nic złego się tutaj nie stanie - wyjaśnił. Mówił całkowicie poważnie ale i poważnie podchodził do McKinnon. Nie przedrzeźniał jej, chociaż to bardzo kusiło.
- Z przyjemnością - dało się tylko usłyszeć gdzieś z korytarza. W porównaniu do Stanleya, Rosie była tutaj bardzo miłym gościem w mniemaniu Francisa. Pewnie dlatego, że to z Borginem spędzał większość dnia, słuchając jego teorii spiskowych i wymysłów. Nic więc dziwnego, że wróżbitka z piętra wyżej, była urozmaiceniem ich dnia.
- Nie no, jakie zbiory ogórków? Muszę jakoś zareklamować swój biznes, nie? - zapytał, a był dumny jak paw z tego co miał jej zaraz pokazać - Uwaga... - ostrzegł ją, otwierając górną szafkę od swojego biurka - Taadam! - wręczył jej ulotkę z reklamą "Głębiny". Stanley dał z siebie całe 30% podczas wymyślania tego wszystkie i tworzenia wizji artystycznej - I jak? Co o tym sądzisz? Wspaniała nieprawdaż? - bombardował ją sugestiami, chcąc ją ewidentnie naprowadzić na jedynie słuszną odpowiedź.
- Chcę trochę zareklamować lokal, a później pokażę Saurielowi. W końcu to trochę dla niego też - wyjaśnił po chwili - Francis! Mi też możesz tej kawki zrobić! - wydarł się jeszcze w kierunku swojego pracownika, a następnie powrócił pełnią uwagi do Rosalii.
"Riddikulus!"
- Danielle Longbottom na widok Stanleya Bo[r]gina
"Jestem dumna, że pomagałeś podczas zamachu."
- Stella Avery na wieści o udziale Stanley w walkach podczas Beltane 1972