20.03.2024, 21:02 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 20.03.2024, 21:06 przez Anthony Shafiq.)
Nieoczekiwanie przestrzeń wewnątrz niewielkiego szpitalnego pomieszczenia z coraz większą mocą zaczęła być absobrowana przez dochodzące z zewnątrz dźwięki. Przyspieszony krok. Narastający, piskliwy głos Pan nie może tam wchodzić! Pacjent odpoczywa!. Pewny krok, ustał przy drzwiach, a klamka drgnęła i bez pukania drzwi uchyliły się tylko po to, by gwałtownie trzasnąć na powrót w zamknięciu.
– Nie wolno... tam wchodzić! Pan Longbottom ma już gościa, nie wolno jasnowidza w tym stanie – instruował znajdujący się tuż za drewnianą barierą zziajany głos kobiecy, który balansował na pograniczu decyzyjności i histerii. – To wbrew zasadom! – podkreśliła finalnie, wyciągając ostatnią broń, piersią własną chroniąc dostępu do pacjenta. Słuszne i chwalebne była jej determinacja. Szkoda tylko, że trafiła na kroplę, która, choć zwykle lubiła drążyć skałę bardziej subtelnie, dziś akurat wybrała przemocową powódź.
Klamka znów powędrowała w dół a drzwi szarpnięciem uchyliły się na 3 centymetry, dając mężczyznom w środku całkiem dobrą okazję, do usłyszenia bardzo sprecyzowanego wycedzonego przez białe równiutkie zęby dyplomaty.
– Chce pani dalej w szpitalu leki sprowadzane z Azji? Chce pani pomagać biednym ludziom nękanym przez bagiennicę złocistą? Godzinę temu obiecywałem, że zawalczę dla naszych chorych, ale jeszcze jedno pani słowo, i nie będzie tych leków, a ja dopilnuję, żeby dyrekcja wiedziała komu, to zawdzięcza, pani Sprout. – nie mówił głośno, ale spółgłoski niosące treść z pewnością przełamały ostatnią barierę biednej kobieciny, która z sapnięciem odsłoniła mu drogę.
W ten sposób Anthony Shafiq, wypełnił sobą przestrzeń izolatki, szeleszcząc papierem przyniesionym bukietem kwiatów, gryząc w nos orientalną, kadzidlano-żywiczną wodą kolońską podbitą ostrością pieprzu. Ubrany w ministerialną oficjalną szatę, zdawał się być trochę nie na miejscu w szpitalnej bieli, ale ten jeden raz nie dbał o to najwidoczniej. Nie aż tak, insygnia w końcu otwierały mu wiele drzwi, w tym, akurat dzisiaj, to najważniejsze, to, na którym mu zależało.
Gdy tylko przekroczył próg zatrzasnął za sobą skrzydło, a jego szlachetna twarz rozpłynęła się troską, głos momentalnie złagodniał oblany słodkim, mruczącym miodem.
– Na cycki słodkiej Wenus, jak mogłeś doprowadzić się do tego stanu Somnia. Przyszedłem, jak tylko się dowiedziałem, że tu leżysz, już dałem znać Lisie, że ma natychmiast zorganizować Ci przeniesienie, czyj to był w ogóle pomysł, żebyś tu leżał?! – ignorując zupełnie Neila podszedł do łóżka chorego i położył bukiet na nocnym stoliku.
– Jesteś w stanie w ogóle nie widzieć? – zapytał, a w jego tonie coś wskazywało, że niekoniecznie pytał o oczy, nie te normalne. Sięgnął do Morpheusowej twarzy, ale nie dotknął opatrunku, cień obrzydzenia przemknął na moment, zarzucając gładką proporcję oblicza. Anthony przez moment zastanowił się co zrobić, w końcu z bukietu wyciągnął pojedynczą różę i wsunął mu w dłonie kwiat, tak by opuszkami mógł poeksplorować gładkość płatków, lub – wedle uznania – ostrość pojedynczych kolców. – Nie mógłbyś z łaski swojej eksplorować na takich misjach swoich asystentów? To się nazywa delegowanie zadań, ważna umiejętność dla kogoś o Twoich ambicjach. – rzachnął się w końcu, znajdując kpiący rezon pod którym ukrył resztę swojego zdenerwowania sytuacją.
– Nie wolno... tam wchodzić! Pan Longbottom ma już gościa, nie wolno jasnowidza w tym stanie – instruował znajdujący się tuż za drewnianą barierą zziajany głos kobiecy, który balansował na pograniczu decyzyjności i histerii. – To wbrew zasadom! – podkreśliła finalnie, wyciągając ostatnią broń, piersią własną chroniąc dostępu do pacjenta. Słuszne i chwalebne była jej determinacja. Szkoda tylko, że trafiła na kroplę, która, choć zwykle lubiła drążyć skałę bardziej subtelnie, dziś akurat wybrała przemocową powódź.
Klamka znów powędrowała w dół a drzwi szarpnięciem uchyliły się na 3 centymetry, dając mężczyznom w środku całkiem dobrą okazję, do usłyszenia bardzo sprecyzowanego wycedzonego przez białe równiutkie zęby dyplomaty.
– Chce pani dalej w szpitalu leki sprowadzane z Azji? Chce pani pomagać biednym ludziom nękanym przez bagiennicę złocistą? Godzinę temu obiecywałem, że zawalczę dla naszych chorych, ale jeszcze jedno pani słowo, i nie będzie tych leków, a ja dopilnuję, żeby dyrekcja wiedziała komu, to zawdzięcza, pani Sprout. – nie mówił głośno, ale spółgłoski niosące treść z pewnością przełamały ostatnią barierę biednej kobieciny, która z sapnięciem odsłoniła mu drogę.
W ten sposób Anthony Shafiq, wypełnił sobą przestrzeń izolatki, szeleszcząc papierem przyniesionym bukietem kwiatów, gryząc w nos orientalną, kadzidlano-żywiczną wodą kolońską podbitą ostrością pieprzu. Ubrany w ministerialną oficjalną szatę, zdawał się być trochę nie na miejscu w szpitalnej bieli, ale ten jeden raz nie dbał o to najwidoczniej. Nie aż tak, insygnia w końcu otwierały mu wiele drzwi, w tym, akurat dzisiaj, to najważniejsze, to, na którym mu zależało.
Gdy tylko przekroczył próg zatrzasnął za sobą skrzydło, a jego szlachetna twarz rozpłynęła się troską, głos momentalnie złagodniał oblany słodkim, mruczącym miodem.
– Na cycki słodkiej Wenus, jak mogłeś doprowadzić się do tego stanu Somnia. Przyszedłem, jak tylko się dowiedziałem, że tu leżysz, już dałem znać Lisie, że ma natychmiast zorganizować Ci przeniesienie, czyj to był w ogóle pomysł, żebyś tu leżał?! – ignorując zupełnie Neila podszedł do łóżka chorego i położył bukiet na nocnym stoliku.
– Jesteś w stanie w ogóle nie widzieć? – zapytał, a w jego tonie coś wskazywało, że niekoniecznie pytał o oczy, nie te normalne. Sięgnął do Morpheusowej twarzy, ale nie dotknął opatrunku, cień obrzydzenia przemknął na moment, zarzucając gładką proporcję oblicza. Anthony przez moment zastanowił się co zrobić, w końcu z bukietu wyciągnął pojedynczą różę i wsunął mu w dłonie kwiat, tak by opuszkami mógł poeksplorować gładkość płatków, lub – wedle uznania – ostrość pojedynczych kolców. – Nie mógłbyś z łaski swojej eksplorować na takich misjach swoich asystentów? To się nazywa delegowanie zadań, ważna umiejętność dla kogoś o Twoich ambicjach. – rzachnął się w końcu, znajdując kpiący rezon pod którym ukrył resztę swojego zdenerwowania sytuacją.