19.03.2024, 14:21 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 19.03.2024, 14:25 przez Millie Moody.)
Bezsenna, bezwonna, bezrozumna noc, kolejna pośród szelestu kartek, wchłaniania i wypuszczania z siebie historii jak dymu papierosowego, przeglądania cudzych myśli, w perwersyjnym ułożeniu stalkera, pragnącego wiedzieć wszystko o ludziach, nie ważne czy zmyślonych, czy prawdziwych. Słowa, słowa, wszędzie przetaczały się słowa zabijające najdrogocenniejszy kruszec ludzkiego życia, czas przesypujący się łzami martwych gwiazd, krojony wahadłem ostrym jak kraniec kostuszej kosy.
A więc był człowiek, więzień, który uczył innych więźniów wierszy, a wiersze pozwalały mu i im przetrwać. To było nie tylko braterstwo słów, bezmagiczna mantra zaklinająca więzi, między ludźmi zakutymi w kajdany. To było coś więcej... Gwarancja posiadania siebie. Wiersz w głowie był nie do wydobycia przez okrutnego wroga, nie do okradnięcia, odarcia, wiersz był własnością pozwalającą zachować wolność wewnątrz klatki.
Teraz gdy była tutaj, gdy rozdarła błonę, a rzeczywistość wyrzygała ją na chłodną przestrzeń lecznicy, poczuła jego strach i zadrżała w nim jak osika na lutowym wietrze. Dreszcz naprężył kościsty łuk, tak łatwy do wyczucia pod palcami przez cienką warstwę bieli. Głowę jeszcze mocniej wczepiła w niego, chłonąc doznanie prawdziwości istnienia. Prozy mydła i potu, abstrakcji otaczającej ich sterylności chloru chowanego za płatkami jaśminu, dychotomii szaleństwa tego przeklętego miejsca i spokoju dogasającego czerwcowego wieczoru.
Pierwej pomyślała, że chce ją odsunąć od siebie, instynktownie wygięła palce w krucze szpony, rozpaczliwie zagarniając go do siebie, więcej, mocniej, coraz bardziej odczuwając wszechogarniający głód i boleść serca, wynikającą ze świadomości barier rzeczywistej materii i ofiarowanego im przez Los czasu, pragnąc coraz zachłanniej wszystko i na zawsze. Lustra jej duszy lśniły wieczornym zachodem, skąpane we łzach, chaotycznie śledzące jego ciało i później twarz, w rozpaczy i strachu, upewniające się i wątpiące podobnie temu co i on czuł, o czym jej mówił. Nie sięgnęła spojrzeniem jego oczu, w drżeniu spłyconego oddechu, gdy na wargach same z siebie ukształtowały się słowa wiersza, który dawał jej wolność, który uznała za swój:
– Nie wolno się bać. Strach zabija duszę. – szept nacichał w ich mieszającej się woni, w łomocie serc, które w końcu się odzyskały, a strata tak dobitnie ukazała im wzajemnie swoją wartość. Łatwo było kochać w czasach dobrobytu, łatwo było kpić i szydzić z miękkości podbrzusza tych, którzy gotowi byli za ukochaną osobę oddać życie. Lecz teraz z całą mocą czuła jak miłość stała się jej kotwicą, silnym i zaborczym łańcuchem przykuwającym ją do życia w cierpieniu i hałasie, ale wciąż życia. Życia przy nim, tak blisko jak jej pozwoli.
– Strach to mała śmierć, a wielkie unicestwienie. Staw mu czoło. – ona nie prosiła, nie zaklinała. Ona żądała tego od niego, szelestem jak igła wbijającym się w umysł. Lodowate dłonie dopiero chłonęły ciepło jego skóry, zsunęły się ze skalpu ku skroniom, a czoło dotknęło czoła. Jak mogła rozważać powrót do cienia, jak mogła chcieć odpuścić, poddać się, jeśli alternatywą było oddychanie tym samym powietrzem? – Niech przejdzie po Tobie i przez Ciebie, a kiedy przejdzie, odwrócisz oko swej duszy na jego drogę... – fraza płynnie otaczała ich jak słowa przysięgi, obietnicy, której nie mogła mu złożyć, pewności, której potrzebowali, nienawiści do swych wrogów i w końcu miłości do siebie nawzajem. – Którędy przeszedł strach, tam nie ma nic. ... Jestem tylko ja.
A więc był człowiek, więzień, który uczył innych więźniów wierszy, a wiersze pozwalały mu i im przetrwać. To było nie tylko braterstwo słów, bezmagiczna mantra zaklinająca więzi, między ludźmi zakutymi w kajdany. To było coś więcej... Gwarancja posiadania siebie. Wiersz w głowie był nie do wydobycia przez okrutnego wroga, nie do okradnięcia, odarcia, wiersz był własnością pozwalającą zachować wolność wewnątrz klatki.
Teraz gdy była tutaj, gdy rozdarła błonę, a rzeczywistość wyrzygała ją na chłodną przestrzeń lecznicy, poczuła jego strach i zadrżała w nim jak osika na lutowym wietrze. Dreszcz naprężył kościsty łuk, tak łatwy do wyczucia pod palcami przez cienką warstwę bieli. Głowę jeszcze mocniej wczepiła w niego, chłonąc doznanie prawdziwości istnienia. Prozy mydła i potu, abstrakcji otaczającej ich sterylności chloru chowanego za płatkami jaśminu, dychotomii szaleństwa tego przeklętego miejsca i spokoju dogasającego czerwcowego wieczoru.
Pierwej pomyślała, że chce ją odsunąć od siebie, instynktownie wygięła palce w krucze szpony, rozpaczliwie zagarniając go do siebie, więcej, mocniej, coraz bardziej odczuwając wszechogarniający głód i boleść serca, wynikającą ze świadomości barier rzeczywistej materii i ofiarowanego im przez Los czasu, pragnąc coraz zachłanniej wszystko i na zawsze. Lustra jej duszy lśniły wieczornym zachodem, skąpane we łzach, chaotycznie śledzące jego ciało i później twarz, w rozpaczy i strachu, upewniające się i wątpiące podobnie temu co i on czuł, o czym jej mówił. Nie sięgnęła spojrzeniem jego oczu, w drżeniu spłyconego oddechu, gdy na wargach same z siebie ukształtowały się słowa wiersza, który dawał jej wolność, który uznała za swój:
– Nie wolno się bać. Strach zabija duszę. – szept nacichał w ich mieszającej się woni, w łomocie serc, które w końcu się odzyskały, a strata tak dobitnie ukazała im wzajemnie swoją wartość. Łatwo było kochać w czasach dobrobytu, łatwo było kpić i szydzić z miękkości podbrzusza tych, którzy gotowi byli za ukochaną osobę oddać życie. Lecz teraz z całą mocą czuła jak miłość stała się jej kotwicą, silnym i zaborczym łańcuchem przykuwającym ją do życia w cierpieniu i hałasie, ale wciąż życia. Życia przy nim, tak blisko jak jej pozwoli.
– Strach to mała śmierć, a wielkie unicestwienie. Staw mu czoło. – ona nie prosiła, nie zaklinała. Ona żądała tego od niego, szelestem jak igła wbijającym się w umysł. Lodowate dłonie dopiero chłonęły ciepło jego skóry, zsunęły się ze skalpu ku skroniom, a czoło dotknęło czoła. Jak mogła rozważać powrót do cienia, jak mogła chcieć odpuścić, poddać się, jeśli alternatywą było oddychanie tym samym powietrzem? – Niech przejdzie po Tobie i przez Ciebie, a kiedy przejdzie, odwrócisz oko swej duszy na jego drogę... – fraza płynnie otaczała ich jak słowa przysięgi, obietnicy, której nie mogła mu złożyć, pewności, której potrzebowali, nienawiści do swych wrogów i w końcu miłości do siebie nawzajem. – Którędy przeszedł strach, tam nie ma nic. ... Jestem tylko ja.