19.03.2024, 00:28 ✶
Perspektywa tkana przez Samuela nie należała do najbardziej zachwycających. Brenna wkładająca palce między drzwi potrafiła być irytująca, ale Brenna, która tego nie robiła i próbowała działać wbrew sobie, próbując się dostosować do narzuconej jej reguł i zasad? Wtedy byłoby jeszcze gorzej. Nawet nie musiał się zbytnio wysilać, aby wyobrazić sobie frustrację siostry w takiej sytuacji. Dostałaby kompletnego fioła albo zaczęła wykorzystywać to, aby działać innym na nerwach i pokazać, o ile szczęśliwsi wszyscy są, gdy po prostu może robić wszystko po swojemu. Przynajmniej tak to widział Erik.
— Masz trochę racji — przyznał niechętnie, tłumiąc w sobie ciężkie westchnienie. — Nie byłaby sobą, gdyby zdusiła w sobie te wszystkie instynkty. Mogę narzekać na to, że pcha się, gdzie się tylko da, ale wiem, że ma dobre intencje. Po prostu... — Zagryzł dolną wargę, walcząc z własnymi wątpliwościami. — Chciałbym, żeby bardziej uważała. Chciałbym, żeby była bardziej bezpieczna. Chciałbym nie dowiadywać się w biurze, że Brenna wpakowała się w jakieś szambo, z którego inni Brygadziści by nie wyszli. — Zmarszczył czoło, wbijając zmartwione spojrzenie w błękitne niebo. — No, ale nie jestem w stanie tego na niej wymóc. A siedzieć jej nad głową od rana do nocy też nie mogę.
Istniał pomiędzy nimi swego rodzaju pakt wzajemnej tolerancji. On nie krytykował na każdym kroku siostry za to, że za dużo bierze na swe barki, a ona nie próbowała rozbijać na drobne kawałki jego nadziei na lepsze jutro. Miał za dużą wiarę w ludzi i ich naturalną dobroć. Nawet w obliczu zagrożenia ze strony Śmierciożerców starał się utrzymać te strzępki nadziei przy życiu. Doceniał, że siostra mu tego nie odebrała, nawet jeśli wychodził przez to na naiwnego.
Na pytanie Samuela, zaśmiał się cicho, wyginając usta w uśmiechu. To pozwoliło odsunąć na bok wszelkie wątpliwości związane z młodszą Longbottomówną. Przekrzywił głową, żeby mieć lepszy pogląd na swego towarzysza.
— Zdziwiłbyś się. — Mieszkańcy Warowni i tak uchodzili za okropne odstępstwo od normy w porównaniu do innych rodzin czystej krwi. Zwłaszcza tych ''lepiej urodzonych'' o wielopokoleniowej fortunie i wpływach w każdej sferze społeczeństwa czarodziejów. — Rodzice... Mają swoje sposoby na zatrzymanie nas w Warowni, gdy naprawdę im na tym zależy. Bardziej chodzi o zajęcie nas czymś, niż o to, żebyśmy zrobili coś w stu procentach dobrze.
Pokiwał powoli głową, kontemplując tę myśl. Nie dziwił im się. Nieletnie dzieci niełatwo utrzymać w miejscu, a co dopiero dorosłe, które mogą same o sobie decydować. Jednak nie wszystkie dzieciaki wyrastały na Brygadzistów, którzy pakują się w kłopoty przy pierwszej okazji. Takie zasługiwały na specjalne traktowanie. Posprzątanie podwórka, przejrzenie starych kufrów czy zrobienie przemeblowania w salonie... Z pozoru niewinne obowiązki, które mogłyby zostać wykonane przez Malwę, ale zabierały sporo czasu. Uziemienie. Zabezpieczenie. Może to stąd u Erika brały się pomysły, żeby zamknąć siostrę w pokoju i wyrzucić klucz?
— Nie — stwierdził po prostu, kręcąc niespokojnie głową. Podrzucił w powietrze spławik, łapiąc go, zanim zdołał upaść na podłogę. — Do niedawna żyłeś w... innym środowisku. W Kniei raczej nie było potrzeby gromadzenia wielkich oszczędności, chyba że na wypadek nagłego kryzysu. To nie jest złe ani dobre, a po prostu inne od tego, co większość zna. — Zerknął na Sama. — Nie powiem, martwi mnie to, że masz... małe zabezpieczenie finansowe. Ale cieszę się, że dostajesz nowe zlecenie. Stabilizacja jest... jest dobra.
Uśmiechnął się lekko. Przeszło mu przez myśl, żeby mógłby zatrzymać Sama na dłużej, skoro ten nie za bardzo miał gdzie się podziać. A Warownia czy nawet domek ogrodnika stanowiły o niebo lepsze lokum niż pokój w lokalu Lizzy. Może nie chciałby zostać za darmo, ale jakaś praca w posiadłości zawsze by się znalazła, zwłaszcza biorąc pod uwagę sady, które też wymagały opieki. Może i tutaj Samuelowi udałoby się poczarować? Poza tym znał się z Brenną, a skoro w Warowni i tak zatrzymywał się już Thomas czy Charles, to czemu nie Sam?
— Masz trochę racji — przyznał niechętnie, tłumiąc w sobie ciężkie westchnienie. — Nie byłaby sobą, gdyby zdusiła w sobie te wszystkie instynkty. Mogę narzekać na to, że pcha się, gdzie się tylko da, ale wiem, że ma dobre intencje. Po prostu... — Zagryzł dolną wargę, walcząc z własnymi wątpliwościami. — Chciałbym, żeby bardziej uważała. Chciałbym, żeby była bardziej bezpieczna. Chciałbym nie dowiadywać się w biurze, że Brenna wpakowała się w jakieś szambo, z którego inni Brygadziści by nie wyszli. — Zmarszczył czoło, wbijając zmartwione spojrzenie w błękitne niebo. — No, ale nie jestem w stanie tego na niej wymóc. A siedzieć jej nad głową od rana do nocy też nie mogę.
Istniał pomiędzy nimi swego rodzaju pakt wzajemnej tolerancji. On nie krytykował na każdym kroku siostry za to, że za dużo bierze na swe barki, a ona nie próbowała rozbijać na drobne kawałki jego nadziei na lepsze jutro. Miał za dużą wiarę w ludzi i ich naturalną dobroć. Nawet w obliczu zagrożenia ze strony Śmierciożerców starał się utrzymać te strzępki nadziei przy życiu. Doceniał, że siostra mu tego nie odebrała, nawet jeśli wychodził przez to na naiwnego.
Na pytanie Samuela, zaśmiał się cicho, wyginając usta w uśmiechu. To pozwoliło odsunąć na bok wszelkie wątpliwości związane z młodszą Longbottomówną. Przekrzywił głową, żeby mieć lepszy pogląd na swego towarzysza.
— Zdziwiłbyś się. — Mieszkańcy Warowni i tak uchodzili za okropne odstępstwo od normy w porównaniu do innych rodzin czystej krwi. Zwłaszcza tych ''lepiej urodzonych'' o wielopokoleniowej fortunie i wpływach w każdej sferze społeczeństwa czarodziejów. — Rodzice... Mają swoje sposoby na zatrzymanie nas w Warowni, gdy naprawdę im na tym zależy. Bardziej chodzi o zajęcie nas czymś, niż o to, żebyśmy zrobili coś w stu procentach dobrze.
Pokiwał powoli głową, kontemplując tę myśl. Nie dziwił im się. Nieletnie dzieci niełatwo utrzymać w miejscu, a co dopiero dorosłe, które mogą same o sobie decydować. Jednak nie wszystkie dzieciaki wyrastały na Brygadzistów, którzy pakują się w kłopoty przy pierwszej okazji. Takie zasługiwały na specjalne traktowanie. Posprzątanie podwórka, przejrzenie starych kufrów czy zrobienie przemeblowania w salonie... Z pozoru niewinne obowiązki, które mogłyby zostać wykonane przez Malwę, ale zabierały sporo czasu. Uziemienie. Zabezpieczenie. Może to stąd u Erika brały się pomysły, żeby zamknąć siostrę w pokoju i wyrzucić klucz?
— Nie — stwierdził po prostu, kręcąc niespokojnie głową. Podrzucił w powietrze spławik, łapiąc go, zanim zdołał upaść na podłogę. — Do niedawna żyłeś w... innym środowisku. W Kniei raczej nie było potrzeby gromadzenia wielkich oszczędności, chyba że na wypadek nagłego kryzysu. To nie jest złe ani dobre, a po prostu inne od tego, co większość zna. — Zerknął na Sama. — Nie powiem, martwi mnie to, że masz... małe zabezpieczenie finansowe. Ale cieszę się, że dostajesz nowe zlecenie. Stabilizacja jest... jest dobra.
Uśmiechnął się lekko. Przeszło mu przez myśl, żeby mógłby zatrzymać Sama na dłużej, skoro ten nie za bardzo miał gdzie się podziać. A Warownia czy nawet domek ogrodnika stanowiły o niebo lepsze lokum niż pokój w lokalu Lizzy. Może nie chciałby zostać za darmo, ale jakaś praca w posiadłości zawsze by się znalazła, zwłaszcza biorąc pod uwagę sady, które też wymagały opieki. Może i tutaj Samuelowi udałoby się poczarować? Poza tym znał się z Brenną, a skoro w Warowni i tak zatrzymywał się już Thomas czy Charles, to czemu nie Sam?
the he-wolf of godric's hollow
❝On some nights, the moon thinks about ramming into Earth,
slamming into civilization like some kind of intergalactic wrecking ball.
On other nights, it's pretty content just to make werewolves.❞
❝On some nights, the moon thinks about ramming into Earth,
slamming into civilization like some kind of intergalactic wrecking ball.
On other nights, it's pretty content just to make werewolves.❞