Longbottom tylko częściowo słuchał słów Shafiqua, ale uniósł jedną brew w górę i wrócił spojrzeniem od fontanny z krystaliczną wodą w stronę swojego rozmówcy, gdy wyłapał sens wypowiedzi, nadmiernej w emfazę i ozdobniki, forma ponad treścią, która cechowała również jego, ale nie aż do tego stopnia; potomkowie miecza Godryka stąpali dość twardo po ziemi, niemal zbyt twardo, trzęsąc nią w posadach. Może dlatego Morpheus trzymał swoją różdżkę jak francuski rapier, dlatego jego postawa przypominała walkę nawet gdy po prostu przestawiał ustawienia radia.
— To gdzieś w Afryce? — zapytał, nie będąc dobry z mapy geopolitycznej świata. Sprawdzał trasy i miejsca wtedy, gdy miał jakiś interes, aby tam być. Do listów wystarczył mu adres, zazwyczaj od rozmówców dowiadywał się wystarczająco o środowisku, by wydać swój osąd o państwie czy zlokalizować trzy po trzy, z jakim miejscem miał do czynienia. W większości katalogował to po kolorze skóry i obecności fałdy mongolskiej.
Jego myśli popłynęły do panny Ollivander, która dzień wcześniej sprawdzała stan jego różdżki, o tym bardzo wrażliwym momencie, gdy powierza się ją w dłonie drugiej osoby, samemu pozostając bardziej nagim, niż bez ubrań. Różdżki tak wiele mówiły o człowieku, który je dzierżył, o jego potyczkach oraz wyzwaniach życia, w końcu o przeznaczeniu. Morpheus był zżyty ze swoją, nie zmieniał jej od momentu, gdy wybrała go iskrzącym się strumieniem po jego jedenastych urodzinach.
— Klękajcie narody przed największym czarownikiem, Antoniuszem Wielkim. Ujarzmi pradawną moc, aby zabawiać tłumy! — Wyciągnął w górę rękę, jakby miał przedstawiać monolog Hamleta podczas dramatycznej deklamacji. — Podobno gdzieś tutaj macie cyrk, zapisz się, będziesz pasować.
Barwna plama barw teraz przypominała bardziej skazę atramentowego kleksa na pergaminie z wypracowaniem mugolska, nawykłego do pisania długopisem, a nie piórem. W matowej czerni lnu prezentował się nijako, nie jak on sam, lecz krzywe zwierciadło kogoś dużo poważniejszego i oszczędnego w słowach. Szata rozlewała się z leżaka na posadzkę, nadal w ekscentrycznym nadmiarze materiału, który ukrywał setki kieszeni i ich zawartości oraz samego Morpheusa. Nie był rycerzem, ale oto czerniła się jego żałobna zbroja.
— Macie jakieś nawiedzone dworki w okolicy? Szukam posiadłości do kupienia.
A wino mu nie smakowało, ale przecież tego nie powie, przez grzeczność dla gospodarza.