18.03.2024, 21:47 ✶
Czasem ludzi przyciągało do siebie to, jak byli od siebie różni. Przeciwieństwa jak magnesy, stapiały dwa istnienia, by potem z jeszcze większą mocą je od siebie odepchnąć gdy przychodziło do prozy życia. Aż dziw, jak podobni byli do siebie słodcy i wciąż młodzi kochankowie, nieświadomi tajemnic wzajemnie przed sobą skrywanych, z lęku, że ich związek będzie spod znaku odpowiedzialności, poczucie obowiązku lub poczucie winy, a nie szczerej intencji uczuć. Tajemnic było coraz mniej, lecz bynajmniej nie wpływało to korzystnie na ich relację, nie tak jak dotknięcie kruchości życia, czerni zalewającej usta, odbierającej oddech.
Uparcie milczeli oboje, Samowi musiała wystarczyć siła ugryzienia, moc palców zaciśniętych boleśnie na już poranionej skórze pleców. Gdy opadł na nią przez moment jeszcze, przez mglistą chwilę czuł się tak, jakby chciał umrzeć. Tu i teraz, bez bólu, łudząc się że jest otoczony miłością jedynej kobiety, którą do siebie dopuścił tak blisko. Ale to była tylko ułuda, to była widmowa mara, odbicie gwiazd, a nie one same, tańczące po nieboskłonie.
Odetchnął, nie mogąc znaleźć słów, nie chcąc znowu się kłócić, ale też nie chciał odsłonić w pełni swojego rozedrgania w tęsknocie. Pozostawało milczeć, sięgnąć po mokrą przecież marynarkę, by ukryć jej jasne ramiona. Lekko rozkojarzony rozejrzał się po plaży i sięgnął po różdżkę. Będąc wysokozaawansowanym transmutacjonistą, nawet w tym stanie, mógł uczynić z marynarki obszerną i przede wszystkim ciepłą pelerynę, okrywającą ją szczelnie niczym przerośnięty kraciasty kokon. Unikając jej spojrzenia, bojąc się, co w nim zobaczy, skupił się na sukni, łykając niespiesznie wszystkie koraliki pełne przeprosin, które chciałby złożyć u jej stóp. Sukienkę więc przemienił w naszyjnik z granatowych gwieździstych kolorów, który na prędce zawiesił jej na szyi, czyniąc z księżniczki wracającej z balu znów kopciuszka. Naciągnął koszulę i spodnie, bardzo szybko, bardzo niedbale, tylko po to, by naciągnąć finalnie na siebie i niedźwiedzie futro.
Jak dawniej... jak kiedyś... ułożył się u jej stóp czekając, aż po raz ostatni zaszczyci go swoim słodkim ciężarem na jego plecach. Otulona pogrubioną i powiększoną materią nie powinna zmarznąć, tym bardziej jeśli przylgnie do ciepłej skóry. Nie zamierzał jej tu porzucać, w żadnej mierze. Obiecał że odprowadzi ją do Warowni, słowa łamać nie zamierzał bez względu na łamiące serce okoliczności. Pozostało mu czekać w napięciu na jej decyzję.
Uparcie milczeli oboje, Samowi musiała wystarczyć siła ugryzienia, moc palców zaciśniętych boleśnie na już poranionej skórze pleców. Gdy opadł na nią przez moment jeszcze, przez mglistą chwilę czuł się tak, jakby chciał umrzeć. Tu i teraz, bez bólu, łudząc się że jest otoczony miłością jedynej kobiety, którą do siebie dopuścił tak blisko. Ale to była tylko ułuda, to była widmowa mara, odbicie gwiazd, a nie one same, tańczące po nieboskłonie.
Odetchnął, nie mogąc znaleźć słów, nie chcąc znowu się kłócić, ale też nie chciał odsłonić w pełni swojego rozedrgania w tęsknocie. Pozostawało milczeć, sięgnąć po mokrą przecież marynarkę, by ukryć jej jasne ramiona. Lekko rozkojarzony rozejrzał się po plaży i sięgnął po różdżkę. Będąc wysokozaawansowanym transmutacjonistą, nawet w tym stanie, mógł uczynić z marynarki obszerną i przede wszystkim ciepłą pelerynę, okrywającą ją szczelnie niczym przerośnięty kraciasty kokon. Unikając jej spojrzenia, bojąc się, co w nim zobaczy, skupił się na sukni, łykając niespiesznie wszystkie koraliki pełne przeprosin, które chciałby złożyć u jej stóp. Sukienkę więc przemienił w naszyjnik z granatowych gwieździstych kolorów, który na prędce zawiesił jej na szyi, czyniąc z księżniczki wracającej z balu znów kopciuszka. Naciągnął koszulę i spodnie, bardzo szybko, bardzo niedbale, tylko po to, by naciągnąć finalnie na siebie i niedźwiedzie futro.
Jak dawniej... jak kiedyś... ułożył się u jej stóp czekając, aż po raz ostatni zaszczyci go swoim słodkim ciężarem na jego plecach. Otulona pogrubioną i powiększoną materią nie powinna zmarznąć, tym bardziej jeśli przylgnie do ciepłej skóry. Nie zamierzał jej tu porzucać, w żadnej mierze. Obiecał że odprowadzi ją do Warowni, słowa łamać nie zamierzał bez względu na łamiące serce okoliczności. Pozostało mu czekać w napięciu na jej decyzję.