13.12.2022, 13:36 ✶
Brenna zmarszczyła brwi, nieco rozdarta, bo z jednej strony magiczne stworzenia nie powinny latać wolno po ulicy, zwłaszcza gdy mogły coś (lub kogoś) podpalić. Z drugiej przepisy dotyczące teleportacji jej zdaniem należało zaostrzyć, i aportacja na Pokątnej powinna być w ogóle możliwa tylko w wyznaczonych strefach, by nie skończyło się pojawieniem na czyjejś głowie.
- Brenna Longbottom, Brygada Uderzeniowa - przedstawiła się, wskazując na plakietkę na swoim mundurze. Jeżeli Regina miała za sobą "długą podróż" faktycznie mogła nie rozpoznać munduru, zwłaszcza że te Brygadzistów należały raczej do dyskretnych i jeśli ktoś nie wiedział, czego wypatrywać, mógł wziąć je za zwykłe ubranie. - W Hogwarcie raczej nie miałyśmy okazji, chociaż pewnie może kojarzyć pani mojego brata, byliście razem na roku.
To był rocznik olbrzymów i to niemalże dosłownie. Yaxleyowie, Regina, a do tego jeszcze Erik. Brenna mogła prawie poczuć się krasnalem, chociaż zwykle górowała nad większością kobiet. Tym, że ta jej nie rozpoznała, niezbyt się dziwiła. Bren nie była nigdy królową popularności: raczej tą dziewczyną, która wyciągała zamknięte w schowkach mugolaki, wkradała się do Zakazanego Lasu z kuzynką albo obrzucała śnieżkami z kolegami z rocznika.
- Skoro pan aportujący się czarodziej chyba zniknął, pozostaniemy przy upomnieniu, nie będę witać po długiej podróży w Londynie mandatem - oświadczyła, sama kończąc otrzepywanie stroju i przez moment podziwiając lekkie nadpalenie na marynarce. Nie wydawała się zła z jego powodu, raczej zaintrygowana. Złość była dla Brenny stanem dość nienaturalnym, w który wpadała zwykle wtedy, gdy działo się coś faktycznie paskudnego. - To smoczognik? Wow. To prawie jak smok. Tylko taka miniaturka. W sumie wygodniejsze do trzymania w domu. I mniejsze zagrożenie, że zeżre sąsiada, jak ten przyjdzie pożyczyć cukier. Nie podpali pani kurtki tym ogonem? Ubezpieczenie od domowych pożarów musi chyba kosztować majątek - powiedziała, wzrok przenosząc z ubrania na Cymbała. Z pewną fascynacją. Longbottom nie znała się na magicznych stworzeniach jakoś szczególnie, ale na pewno uważała je za bardzo intrygujące.
- Brenna Longbottom, Brygada Uderzeniowa - przedstawiła się, wskazując na plakietkę na swoim mundurze. Jeżeli Regina miała za sobą "długą podróż" faktycznie mogła nie rozpoznać munduru, zwłaszcza że te Brygadzistów należały raczej do dyskretnych i jeśli ktoś nie wiedział, czego wypatrywać, mógł wziąć je za zwykłe ubranie. - W Hogwarcie raczej nie miałyśmy okazji, chociaż pewnie może kojarzyć pani mojego brata, byliście razem na roku.
To był rocznik olbrzymów i to niemalże dosłownie. Yaxleyowie, Regina, a do tego jeszcze Erik. Brenna mogła prawie poczuć się krasnalem, chociaż zwykle górowała nad większością kobiet. Tym, że ta jej nie rozpoznała, niezbyt się dziwiła. Bren nie była nigdy królową popularności: raczej tą dziewczyną, która wyciągała zamknięte w schowkach mugolaki, wkradała się do Zakazanego Lasu z kuzynką albo obrzucała śnieżkami z kolegami z rocznika.
- Skoro pan aportujący się czarodziej chyba zniknął, pozostaniemy przy upomnieniu, nie będę witać po długiej podróży w Londynie mandatem - oświadczyła, sama kończąc otrzepywanie stroju i przez moment podziwiając lekkie nadpalenie na marynarce. Nie wydawała się zła z jego powodu, raczej zaintrygowana. Złość była dla Brenny stanem dość nienaturalnym, w który wpadała zwykle wtedy, gdy działo się coś faktycznie paskudnego. - To smoczognik? Wow. To prawie jak smok. Tylko taka miniaturka. W sumie wygodniejsze do trzymania w domu. I mniejsze zagrożenie, że zeżre sąsiada, jak ten przyjdzie pożyczyć cukier. Nie podpali pani kurtki tym ogonem? Ubezpieczenie od domowych pożarów musi chyba kosztować majątek - powiedziała, wzrok przenosząc z ubrania na Cymbała. Z pewną fascynacją. Longbottom nie znała się na magicznych stworzeniach jakoś szczególnie, ale na pewno uważała je za bardzo intrygujące.
Don't promise to live forever. Promise to forever live while you're alive.