17.03.2024, 19:35 ✶
Bolało jak diabli. Bolało wtedy, bolało teraz. I boleć będzie w przyszłości, bo czegokolwiek by nie zrobili, to ta rana nadal będzie tkwiła w jej sercu. Będzie jątrzyła się i ropiała, powodując ból z każdym kolejnym powrotem do przeszłości. To tak bardzo bolało tym bardziej, że ona wszystkie propozycje małżeńskie odrzucała. Odrzucała i wtedy, odrzucała i teraz. Zbywała rodzinę, przeciwstawiała się jej, chociaż nieoficjalnie, po prostu gnając dalej i dalej przed siebie, mówiąc że ten za młody, ten za stary, a ten by chciał dzieci a ona już tuż-tuż blisko awansu była. Skąd mogli wiedzieć, że to nie była prawda? Nie wiedzieli do końca, czym Delacour się tu zajmowała - nie sprawdzali jej. A może właśnie sprawdzali ale podjęli tę dziwną grę, lubili bawić się z nią w kotka i myszkę? To było najgorsze: to, że tak naprawdę nigdy nie będzie na sto procent wiedzieć, na czym stoi.
- Myślałam, że powiedziałeś mi już wszystko kilka lat temu - powiedziała zimno, zbierając dokumenty z podłogi. Głos jej tylko odrobinę zadrżał. Uważała przy tym, żeby przypadkiem go nie dotknąć, bo mogła grać niedostępną, mogła go odpychać, ale wiedziała że to tylko fasada. Maska i to wyjątkowo krucha, jakby zrobiona została z tak cieniutkiego szkła, które gotowe było się rozpaść w chwili, gdy tylko poczuje ciepło jego dłoni na swojej skórze.
Camille wstała, poprawiając teczki. Odwróciła się i zamknęła drzwi gabinetu. Przekręciła klucz w zamku - nie musiała nakładać zabezpieczeń, Mung był miejscem względnie bezpiecznym. Poza tym obojętnie czy był dzień, czy noc, kręcili się tu ludzie. Pracownicy, ochroniarze, sprzątaczki - nasłuchiwali, sprawdzali czy wszystko w porządku. W jej gabinecie nie było zresztą niczego ważnego, być może poza kartami niektórych pacjentów i niektórymi lekami.
Kusiło dodać, że nie mają o czym rozmawiać. Że nie chce z nim rozmawiać. Kusiło unieść się honorem, wyminąć Laurenca i po prostu wrócić do domu. Tak samo kusiło, żeby unieść dłoń i po prostu mu strzelić za to, że w ogóle pomyślał, że TERAZ jest idealny moment. Bo wstrzelił się koszmarnie, tragicznie wręcz. Była ostatnio rozchwiana, chociaż nie dawała po sobie tego poznać. Nie mógł tego wiedzieć, tak jak nie wiedział nikt inny. Więc być może ten koszmarny, tragiczny moment był jego szczęśliwym trafem? Darem od losu? Bo pewnie Delacour by po prostu poszła w cholerę, zostawiając go bez odpowiedzi. Ale nie - teraz zamknęła drzwi i odwróciła się. Zacisnęła mocniej ramiona na teczkach. Kolory nadal nie wróciły na jej twarz. Nie pasowała jej taka chorobliwa bladość, ale musiał mieć świadomość, że to on był powodem, dla którego w tej chwili tak wyglądała. To on to spowodował - tym, że się pojawił, że nie uciekł. Że się do niej odezwał, że w ogóle się jej o coś pytał. Jak mógł: po tym wszystkim, co się stało?
A jednak nie potrafiła odejść. Nie w chwili, gdy na niego w końcu spojrzała, chociaż tak pilnowała się, żeby tego nie robić. Wszystko wróciło. Biała pościel, promienie wschodzącego słońca. Wspólne przemilczenie planów na przyszłość. Zapach świeżych rogalików na śniadanie, które tak uwielbiała. Koniecznie wytrawne. Woń wina, którego miała pod dostatkiem. Zapach świeżo zaparzonej kawy z samego rana. Woń wstydu i jednoczesnej ekscytacji, gdy przemykali ulicami Londynu, modląc się by nikt ich nie zobaczył. Nie, tego nie dało się tak po prostu wymazać i tak po prostu zapomnieć. Bo przecież mieli więcej dobrych wspomnień niż złych, nawet jeżeli te złe były ogromnego kalibru.
- Myślałam, że powiedziałeś mi już wszystko kilka lat temu - powiedziała zimno, zbierając dokumenty z podłogi. Głos jej tylko odrobinę zadrżał. Uważała przy tym, żeby przypadkiem go nie dotknąć, bo mogła grać niedostępną, mogła go odpychać, ale wiedziała że to tylko fasada. Maska i to wyjątkowo krucha, jakby zrobiona została z tak cieniutkiego szkła, które gotowe było się rozpaść w chwili, gdy tylko poczuje ciepło jego dłoni na swojej skórze.
Camille wstała, poprawiając teczki. Odwróciła się i zamknęła drzwi gabinetu. Przekręciła klucz w zamku - nie musiała nakładać zabezpieczeń, Mung był miejscem względnie bezpiecznym. Poza tym obojętnie czy był dzień, czy noc, kręcili się tu ludzie. Pracownicy, ochroniarze, sprzątaczki - nasłuchiwali, sprawdzali czy wszystko w porządku. W jej gabinecie nie było zresztą niczego ważnego, być może poza kartami niektórych pacjentów i niektórymi lekami.
Kusiło dodać, że nie mają o czym rozmawiać. Że nie chce z nim rozmawiać. Kusiło unieść się honorem, wyminąć Laurenca i po prostu wrócić do domu. Tak samo kusiło, żeby unieść dłoń i po prostu mu strzelić za to, że w ogóle pomyślał, że TERAZ jest idealny moment. Bo wstrzelił się koszmarnie, tragicznie wręcz. Była ostatnio rozchwiana, chociaż nie dawała po sobie tego poznać. Nie mógł tego wiedzieć, tak jak nie wiedział nikt inny. Więc być może ten koszmarny, tragiczny moment był jego szczęśliwym trafem? Darem od losu? Bo pewnie Delacour by po prostu poszła w cholerę, zostawiając go bez odpowiedzi. Ale nie - teraz zamknęła drzwi i odwróciła się. Zacisnęła mocniej ramiona na teczkach. Kolory nadal nie wróciły na jej twarz. Nie pasowała jej taka chorobliwa bladość, ale musiał mieć świadomość, że to on był powodem, dla którego w tej chwili tak wyglądała. To on to spowodował - tym, że się pojawił, że nie uciekł. Że się do niej odezwał, że w ogóle się jej o coś pytał. Jak mógł: po tym wszystkim, co się stało?
A jednak nie potrafiła odejść. Nie w chwili, gdy na niego w końcu spojrzała, chociaż tak pilnowała się, żeby tego nie robić. Wszystko wróciło. Biała pościel, promienie wschodzącego słońca. Wspólne przemilczenie planów na przyszłość. Zapach świeżych rogalików na śniadanie, które tak uwielbiała. Koniecznie wytrawne. Woń wina, którego miała pod dostatkiem. Zapach świeżo zaparzonej kawy z samego rana. Woń wstydu i jednoczesnej ekscytacji, gdy przemykali ulicami Londynu, modląc się by nikt ich nie zobaczył. Nie, tego nie dało się tak po prostu wymazać i tak po prostu zapomnieć. Bo przecież mieli więcej dobrych wspomnień niż złych, nawet jeżeli te złe były ogromnego kalibru.