Gdyby tu stało się coś, z czego nie byłby zadowolony, też opuściłby pokład. Miał przygotowany świstoklik, który zabrałby go z powrotem, bo nie zamierzał wracać statkiem. Ten rejs miał trwać dalej, a on był zainteresowany tylko tą wysepką w pobliżu samej Anglii. "W pobliżu". Była na pewno bliżej niż wielka Ameryka, do której trzeba było przepłynąć cały świat. Więc tak, zostawiłby Philipa. Nie bawiłby się w konwenanse, to co się powinno, a czego nie. Tutaj, dla samego Notta, to on w zasadzie był "organizatorem spotkania", chociaż czuwał nad nim wyłącznie jako pośrednik względem Williama, którego uroda mogła oczarować niejedną pannicę. Oczarowała też Laurenta swojego czasu, również jak i jego zdolności artystyczne. Uwielbiam sztukę, nawet jeśli sam jej nie uprawiał. Choć... nie do końca. W końcu śpiew był również formą sztuki.
- Czemu nie? Chętnie zobaczę, jakich cudów możesz dokonać w tym towarzystwie. - W towarzystwie znanym mniej i bardziej, bo nie ukrywajmy - większość z tych ludzi Laurent sam znał przynajmniej z widzenia czy krótkich "dzień dobry" wymienianych na przyjęciach różnego rodzaju. Społeczeństwo czarodziei było zbyt hermetyczne, żeby wierzyć w anonimowość. Mogłeś na nią liczyć, kiedy nie kręciłeś się stale w podobnym gronie, ale Laurent, który kiedyś dbał o wyścigi konne, który w dodatku robił interesy na koniach, głównie abraksanach, to tych, których kieszeń groszem nie śmierdziała znał całkiem nieźle. Mniej-więcej. Wciąż było sporo osób, których twarzy albo nie pamiętał, albo akurat nie mieli okazji powiedzieć sobie "dzień dobry". Przyszło mu do głowy, że zakończenie takich zabaw bywało różne, ale rozgonił tę myśl. Philip nie mógł pić, więc nie spije się na tyle, żeby potem pieprznąć coś, czego będzie żałował. Robił to. Uświadomił sobie, że robił to z wprawą chirurgona, który miał pozbawić człowieka obcego elementu z ciała. Tylko czy na pewno celem uleczenia go? Laurent niczego usuwać nie chciał, bo nie było tu obcości. Tę obcość widział tylko w sobie. W swoim wyrachowaniu. Laurent nie potrzebował w końcu fajerwerków, żeby dobrze się bawić. Lubił wypoczywać grzejąc się w ciepłym słońcu, czytając, grając w szachy, czy rozwiązując dziwne łamigłówki, albo wczytując się w eseje traktujące o ludziach i ludzkich problemach. Był jednym z najbardziej statycznych ludzi, którzy na przyjęciach zawsze przemykali bokiem i usuwali się, kiedy zaczynał się dziwne zabawy. Ale jego rozrywką był tutaj Philip.
- Hahaha... jest pan aż nadmiernie uprzejmy. Nazwałbym swoje dzieła ledwie maziakami dziecka na płótnie. - William miał bardzo miły uśmiech. Ciepły. Sprawiał wrażenie tej osoby, która zawsze położy ci dłoń na ramieniu, która pokrzepi, u której zawsze znajdziesz dozę współczucia. Ale przecież odpowiednie gesty, uśmiechy i słowa były koroną na czole pozorów. Nic nigdy nie musiało się być takim, jakim się wydawało. - Mówimy o zimnie temperatury, czy jednak tym skrytym we wnętrzu? - Być może William źle zinterpretował reakcję Philipa, który nagle przestał się uśmiechać, który jakoś zesztywniał, a może właśnie dobrze - stąd ta uwaga, która się na nim skupiła i bystre spojrzenie ciemnych ocząt wbitych w niego. - Widziałem tę górę lodową, a teraz widzę to w pańskich oczach. Proszę powiedzieć prawdę.* - Zrobił nawet pół kroczku w kierunku Philipa korzystając z tego, że Laurent wysunął się do przodu i z zainteresowaniem zaczął przyglądać się tubkom z farbami, pędzlom - uniósł nawet jeden z nich, żeby przesunąć miękkim włosiem po opuszku swojego palca.
- Bardzo chętnie potrzymam Philipowi pędzle. - Dorzucił Laurent z rozbawionym uśmiechem, obracając się w kierunku panów. Badając nastrój - głównie dlatego, że dopiero teraz zauważył minę Philipa, która wołała wręcz o pomstę do nieba. Lekko pokręcił do siebie samego głową, unosząc minimalnie kąciki ust ku górze.
*Prompt mistrza