15.03.2024, 19:01 ✶
– Obawiam się, że znam je obie, odkąd miałem czternaście lat… i Egipt niczego tutaj nie zmienił – stwierdził Cathal, uśmiechając się przy tym: może do Ginewry, może do własnych wspomnień. Rodzina Nell Bagshot od strony matki miała pewne konszachty z pewną stroną jego rodziny, z kolei Leta chodziła zaledwie rok wyżej do Slytherinu i ciężko było jej nie zauważyć. – Zobaczymy, czy to powtórzysz, jeżeli natrafisz na fasolkę skarpecianą – parsknął Shafiq. Te podobno nie trafiały się bardzo często, ale skoro to dzięki brudnym skarpetom Bertie zdobył taki majątek, z pewnością czasem oddawał im hołd, umieszczając je znowu w swoich flagowych słodyczach.
Tak naprawdę nie był zdenerwowany – tę kobietę zawołał raczej z pewnym skrywanym rozbawieniem niż złością. A i trudno, aby bał się faktycznie Nell, czarodziejki mającej metr pięćdziesiąt w kapeluszu, w magii mniej więcej na tym samym poziomie, co sam Bagshot… Ale wzdychał w duchu na samą myśl o tym, jakie paskudztwa mogła mu podsunąć, byle go ukarać. Nell potrafiła dopiec człowiekowi.
– O swoją skórę, oczywiście. Podałaby mi pewnie ukradkiem jakąś truciznę. Albo gderałaby aż zwiędłyby mi uszy – oświadczył z kamiennym wyrazem twarzy.
Kiwnął głową, kiedy poprosiła, żeby się przeszli. Sam wypił akurat na tyle, by być zaledwie lekko podchmielonym, ale oboje wychylili podobną ilość drinków, a ona przecież była jednak, nawet jeżeli wysoka, to drobniejszej niż on postury, a w Egipcie faktycznie pewnie mijała mniej. Podtrzymał ją odruchowo, gdy się zatoczyła, i później zaoferował jej ramię, by mogła się podeprzeć – a chociaż ten gest przywołał wspomnienie innej kobiety (bo Cathal pamiętał w końcu wszystko, i nie był na tyle dżentelmenem, by oferował ramię wielu kobietom w swoim życiu), odepchnął je zaraz. Starając się dostosować krok do jej tempa, by bez problemu nadążyła, przepchnął się przez rzednący pomału tłumek bawiących się, a potem wyszli w londyńską noc.
Noce w Anglii były zupełnie inne niż te w Egipcie, a te w Londynie miały swoją specyfikę. Uliczne latarnie, światła w okien budynków, to wszystko pogrążało miasto w mroku – nie – mroku, tak że miasto wypełniało się cieniami, że choć niby było ciemno, to miejski blask zabijał światło gwiazd. Tego wieczora niebo było pogodne i dało się nawet dostrzec księżyc, samotny na niebie. Gdzieś z dala dobiegały pijackie nawoływania, taksówka odjechała sprzed klubu z piskiem opon, jakaś kobieta śmiała się piskliwie, paląc w pobliżu wejścia ze swoim partnerem.
Cathal powoli pociągnął Ginewrę ku głównym ulicom – tak było bezpieczniej. Więcej świateł, co jakiś czas jeżdżące auta, pojedynczy przechodnie. Nie bał się mugoli, ale podróże nauczyły go ostrożni tak bardzo, że ta była już pewnego rodzaju odruchem.
– Jak podoba ci się Anglia po tych paru miesiącach?
Tak naprawdę nie był zdenerwowany – tę kobietę zawołał raczej z pewnym skrywanym rozbawieniem niż złością. A i trudno, aby bał się faktycznie Nell, czarodziejki mającej metr pięćdziesiąt w kapeluszu, w magii mniej więcej na tym samym poziomie, co sam Bagshot… Ale wzdychał w duchu na samą myśl o tym, jakie paskudztwa mogła mu podsunąć, byle go ukarać. Nell potrafiła dopiec człowiekowi.
– O swoją skórę, oczywiście. Podałaby mi pewnie ukradkiem jakąś truciznę. Albo gderałaby aż zwiędłyby mi uszy – oświadczył z kamiennym wyrazem twarzy.
Kiwnął głową, kiedy poprosiła, żeby się przeszli. Sam wypił akurat na tyle, by być zaledwie lekko podchmielonym, ale oboje wychylili podobną ilość drinków, a ona przecież była jednak, nawet jeżeli wysoka, to drobniejszej niż on postury, a w Egipcie faktycznie pewnie mijała mniej. Podtrzymał ją odruchowo, gdy się zatoczyła, i później zaoferował jej ramię, by mogła się podeprzeć – a chociaż ten gest przywołał wspomnienie innej kobiety (bo Cathal pamiętał w końcu wszystko, i nie był na tyle dżentelmenem, by oferował ramię wielu kobietom w swoim życiu), odepchnął je zaraz. Starając się dostosować krok do jej tempa, by bez problemu nadążyła, przepchnął się przez rzednący pomału tłumek bawiących się, a potem wyszli w londyńską noc.
Noce w Anglii były zupełnie inne niż te w Egipcie, a te w Londynie miały swoją specyfikę. Uliczne latarnie, światła w okien budynków, to wszystko pogrążało miasto w mroku – nie – mroku, tak że miasto wypełniało się cieniami, że choć niby było ciemno, to miejski blask zabijał światło gwiazd. Tego wieczora niebo było pogodne i dało się nawet dostrzec księżyc, samotny na niebie. Gdzieś z dala dobiegały pijackie nawoływania, taksówka odjechała sprzed klubu z piskiem opon, jakaś kobieta śmiała się piskliwie, paląc w pobliżu wejścia ze swoim partnerem.
Cathal powoli pociągnął Ginewrę ku głównym ulicom – tak było bezpieczniej. Więcej świateł, co jakiś czas jeżdżące auta, pojedynczy przechodnie. Nie bał się mugoli, ale podróże nauczyły go ostrożni tak bardzo, że ta była już pewnego rodzaju odruchem.
– Jak podoba ci się Anglia po tych paru miesiącach?