Little Hangleton nie było mu obce. Zarazem jednak nie dało się powiedzieć, żeby było jakieś takie bliższe. Choćby odrobinę. Szczególnie dobrze znane? Nie pojawiał się w tym mieście szczególnie często. Jeśli już miałoby to miejsce, to spotkać można go było co najwyżej na obrzeżach. W okolicach cmentarza. Rzadziej na terenie posiadłości Rookwoodów. Ostatni lat zawędrował tam bodajże kilka dobrych lat temu? Nieszczególnie odpowiadała mu ta specyficzna atmosfera, która zdawała się być wyczuwalną w całej tej okolicy. Nie potrafił tego zignorować. Również teraz, tuż po tym jak zjawił się przed znanym sobie budynkiem, nie był w stanie zignorować odczuć, które towarzyszyły tej wizycie.
Potrzebował kilku chwil, żeby nad tym zapanować; żeby się z tym w wystarczającym stopniu oswoić. Dopiero kiedy uznał, że ma to pod kontrolą, ruszył w kierunku wejściowych drzwi. Zanim zapukał, spojrzał jeszcze kontrolnie na zegarek. Upewnił się, że godzina była właściwa. Do umówionej pory brakowało jeszcze zaledwie 10 minut. Można więc powiedzieć, iż był w tym konkretnym przypadku idealnie punktualny. Nie dotarł na miejsca zbyt wcześnie, ani też zbyt późno.
Zapukał do drzwi. Cofnął się o krok. Czekał. Założył, że skoro na zewnątrz nikogo nie było, Nicholas musiał czekać w środku. Robert nie brał pod uwagę wersji, zgodnie z którą były uczeń kazałby mu na siebie czekać. Znał Traversa na tyle długo, że pewne rzeczy był w stanie przewidzieć. Nie zawsze prawidłowo, ale w znacznej części jednak trafnie.
Może więc jednak wbrew temu, co nie tak dawno temu powiedział Rodolphusowi, miał w sobie więcej z Dolohova niż sam przyznawał? Zostawmy ten temat.
- Nicholasie. – przywitał się w ten typowy dla siebie sposób. Z wykorzystaniem imienia drugiej osoby. Skinąwszy w jej stronę głową. Nie odczuwał potrzeby, żeby cokolwiek w tym przypadku zmienić. Godzina nie była wczesna, słońce przestało dawać się we znaki, więc i ubrany czarny, lekki golf, nie utrudniał funkcjonowania. Lekko szare jeansy również nie były problemem, nawet jeśli za dnia mogło być w nich ciut za gorąco. Stojąc naprzeciwko Traversa, wyglądał jak zawsze. Nienagannie. Odpowiednio. – Przejdźmy do sprawy, żeby nie tracić czasu.
Jak tylko mu to umożliwił, Mulciber wszedł do środka, z pewnym zainteresowaniem przyglądając się wnętrzu, które z tej perspektywy widział po raz pierwszy. Rzeczywiście na własne oczy, nie zaś oczyma kogoś, kogo wspomnienia udało mu się odczytać. Poznać. Tyle lat praktykował legilimencje, a takie zderzenie się z tym, co niby było już mu znane, wciąż stosunkowo często okazywało się dla niego niepozbawione znaczenia.