14.03.2024, 20:32 ✶
Być może to nie był jeszcze czas, by ją odwiedził. Być może było za wcześnie - lub za późno. Być może ten plaster został oderwany w chwili, gdy oświadczył jej, że rodzice ułożyli mu życie, a on się na to zgodził. Być może to nie był właściwy moment i właściwe miejsce, bo przecież znał Delacour: życie prywatne starała się odgradzać od pracy grubą kreską. Nie pozwalała przekraczać tej granicy, ściśle trzymała się tej zasady. Blondynka miała wiele zasad, ale tej nigdy nie łamała. Jednak on był wyjątkiem.
Od momentu, kiedy jej powiedział od wszystkim, Camille nie kontaktowała się z nim. Nie słała listów, nie błagała o zmianę zdania, nie wystawała pod domem. Uszanowała jego zdanie, chociaż trzeba było przyznać, że nie najlepiej je przyjęła. Było dużo łez, na które z reguły sobie nie pozwalała, dużo krzyków. Nawet rękoczynów, przed którymi kobieta się zawsze wzbraniała. Tego, czego jednak zabrakło, to błagania o to, by zmienił zdanie. Delacour była cholernie dumną kobietą i w życiu by nie zniżyła się do poziomu, w którym to ona by musiała biegać za mężczyzną i prosić go o cokolwiek. Zdawać by się mogło, że po prostu zapadła się pod ziemię.
Czy go widziała kiedykolwiek w szpitalu na przestrzeni tych lat? Jeżeli tak, to nie podeszła nigdy. Być może przyspieszała wtedy kroku, być może odwracała się na pięcie i wracała tam, skąd przyszła. Mijali się jak obcy ludzie, a przecież byli kiedyś kimś znacznie więcej. I to chyba bolało najbardziej: świadomość, że kiedyś znało się kogoś na wylot, a ta osoba nagle i bez ostrzeżenia stała się obca. Bolało wtedy, bolało i teraz. Teraz jednak podwójnie, bo nie miała jak uciec. Gdyby przyszła z korytarza do gabinetu, to mogłaby po prostu się odwrócić i zniknąć, tak jak robiła to do tej pory. Teraz jednak kończyła dyżur, wcześniej niż zwykle. Była zmęczona, fizycznie i psychicznie. Odkąd Laurence zniknął z jej życia, rzuciła się w wir pracy. Skakała z jednej do drugiej, wyciskając z każdej doby absolutne maksimum. Nie można było powiedzieć, by łapała każdą chwilę i okazję - po prostu skupiła się na doskonaleniu swoich umiejętności. Utwierdzała się tym w przekonaniu, że jest coś warta, że podjęła słuszną decyzję. Bo mimo milczenia od lat męczyły ją wątpliwości. Męczyły ją, gdy spotykała się z kolejnymi mężczyznami i gdy odtrącała kolejne próby zeswatania jej. Matka nie odpuszczała, chociaż odrobinę poluzowała smycz. Teraz zdawało się, że wysyłając do niej kolejne dzieciaki, po prostu się nad nią pastwiła. Co jakiś czas posyłała coraz młodszych, by przypomnieć Camille o upływających latach. A jednocześnie wymagała, by była na każde skinienie. By ratowała dzieci jej przyjaciół. By robiła coś natychmiast. By służyła pomocą każdemu, kogo ona wskaże. Jej łapa, sięgająca aż z Francji, tylko z pozoru się wycofała, a tak naprawdę zaciskała się na jej szyi coraz mocniej, powodując że Delacour po prostu nabawiła się cholernej nerwicy. Z każdym pukaniem sowiego dzioba w szybę podskakiwała. Każdy list od matki otwierała trzęsącymi się rękami. Każde zdanie czytała po kilka razy. Przestawiała rzeczy w domu. Sama wycierała czyste blaty. Poprawiała skrzatkę, którą miała do dyspozycji. Nie mogła spać. Była podejrzliwa w stosunku do każdego mężczyzny, który nie nosił obrączki na palcu.
I gdy już, już miało się okazać, że w końcu otworzy swoje serce po raz pierwszy od zerwania, to typ się po prostu ulotnił. Olał ją, potraktował jak ducha. Do diabła ze wszystkimi facetami na tym świecie. Nie byli jej przecież potrzebni, prawda? Ten drugi cios tylko utwierdził ją w przekonaniu, że nie potrzebuje nikogo w swoim życiu, że coś takiego jak miłość nie miało znaczenia, nie istniało po prostu w jej słowniku. Nie było jej pisane i tyle. I już powoli godziła się z tą myślą, chociaż jej duma bolała jak jasna cholera, bo przecież prawie nikt jej nie odtrącał - aż do dzisiaj, gdy otworzyła drzwi do gabinetu, by stanąć oko w oko z demonami przeszłości.
Postarzała się, chociaż postarzała ładnie. Zrezygnowała z długich włosów na rzecz krótszych blond pukli, teraz związanych w niedbały, acz jednak starannie upięty, kok. Jeden z tych rodzajów, które się robiło godzinami przed lustrem, by inni myśleli, że wystarczyła tylko minuta, by stworzyć fryzurę idealną. Sińce pod oczami były doskonale zamaskowane. Zmarszczki praktycznie niewidoczne. Makijaż stał się tylko odrobinę bardziej wyrazisty. Ubranie jaśniejsze, lecz bardziej stonowane niż te kilka lat temu. Kitel zostawiła w szafie w gabinecie, z którego planowała teraz wyjść. Przez ramię miała przewieszoną niewielką torebkę, w dłoni zaś trzymała teczkę, wypchaną po brzegi. Zabierała pracę do domu? Ona, ta która zawsze dbała o to, by Laurence tego nie robił?
- ... - wyglądała, jakby złapał ją na czymś nieprzyzwoitym. Pobladła okropnie, jakby zobaczyła ducha. Krew odpłynęła jej z twarzy, oczy się zaszkliły, a usta rozchyliły, jakby w poszukiwaniu powietrza. Zaskoczył ją. Nigdy nie przychodził pod jej gabinet, nigdy też nie chodził za nią po Mungu. Unikali siebie, byli dla siebie obcy, wymazując te wspólne kolacje, noce i śniadania. Kasując z pamięci słowa otuchy, przekomarzanie się, śmiech w otoczeniu śnieżnobiałej pościeli, skąpanej w porannych promieniach słońca, gdy wiedzieli, że spóźnią się do pracy, ale jednocześnie nie mogli się zebrać by wstać. Wymazali wszystkie chwile, które spędzali ze sobą. Ale czy na pewno bez zaklęć dało się tak po prostu o tym zapomnieć? Rzucić za siebie tak intensywne wspomnienia?
Chyba nie, bo teczka, którą trzymała, wypadła jej z dłoni. Trzasnęła o ziemię, momentalnie przywracając odpływającą do wspomnień Camille do pionu. Dźwięk ją otrzeźwił, sprawił że odruchowo kucnęła, chcąc podnieść swoją własność. I, na wszystkich bogów, nie patrzeć na jego twarz.
Od momentu, kiedy jej powiedział od wszystkim, Camille nie kontaktowała się z nim. Nie słała listów, nie błagała o zmianę zdania, nie wystawała pod domem. Uszanowała jego zdanie, chociaż trzeba było przyznać, że nie najlepiej je przyjęła. Było dużo łez, na które z reguły sobie nie pozwalała, dużo krzyków. Nawet rękoczynów, przed którymi kobieta się zawsze wzbraniała. Tego, czego jednak zabrakło, to błagania o to, by zmienił zdanie. Delacour była cholernie dumną kobietą i w życiu by nie zniżyła się do poziomu, w którym to ona by musiała biegać za mężczyzną i prosić go o cokolwiek. Zdawać by się mogło, że po prostu zapadła się pod ziemię.
Czy go widziała kiedykolwiek w szpitalu na przestrzeni tych lat? Jeżeli tak, to nie podeszła nigdy. Być może przyspieszała wtedy kroku, być może odwracała się na pięcie i wracała tam, skąd przyszła. Mijali się jak obcy ludzie, a przecież byli kiedyś kimś znacznie więcej. I to chyba bolało najbardziej: świadomość, że kiedyś znało się kogoś na wylot, a ta osoba nagle i bez ostrzeżenia stała się obca. Bolało wtedy, bolało i teraz. Teraz jednak podwójnie, bo nie miała jak uciec. Gdyby przyszła z korytarza do gabinetu, to mogłaby po prostu się odwrócić i zniknąć, tak jak robiła to do tej pory. Teraz jednak kończyła dyżur, wcześniej niż zwykle. Była zmęczona, fizycznie i psychicznie. Odkąd Laurence zniknął z jej życia, rzuciła się w wir pracy. Skakała z jednej do drugiej, wyciskając z każdej doby absolutne maksimum. Nie można było powiedzieć, by łapała każdą chwilę i okazję - po prostu skupiła się na doskonaleniu swoich umiejętności. Utwierdzała się tym w przekonaniu, że jest coś warta, że podjęła słuszną decyzję. Bo mimo milczenia od lat męczyły ją wątpliwości. Męczyły ją, gdy spotykała się z kolejnymi mężczyznami i gdy odtrącała kolejne próby zeswatania jej. Matka nie odpuszczała, chociaż odrobinę poluzowała smycz. Teraz zdawało się, że wysyłając do niej kolejne dzieciaki, po prostu się nad nią pastwiła. Co jakiś czas posyłała coraz młodszych, by przypomnieć Camille o upływających latach. A jednocześnie wymagała, by była na każde skinienie. By ratowała dzieci jej przyjaciół. By robiła coś natychmiast. By służyła pomocą każdemu, kogo ona wskaże. Jej łapa, sięgająca aż z Francji, tylko z pozoru się wycofała, a tak naprawdę zaciskała się na jej szyi coraz mocniej, powodując że Delacour po prostu nabawiła się cholernej nerwicy. Z każdym pukaniem sowiego dzioba w szybę podskakiwała. Każdy list od matki otwierała trzęsącymi się rękami. Każde zdanie czytała po kilka razy. Przestawiała rzeczy w domu. Sama wycierała czyste blaty. Poprawiała skrzatkę, którą miała do dyspozycji. Nie mogła spać. Była podejrzliwa w stosunku do każdego mężczyzny, który nie nosił obrączki na palcu.
I gdy już, już miało się okazać, że w końcu otworzy swoje serce po raz pierwszy od zerwania, to typ się po prostu ulotnił. Olał ją, potraktował jak ducha. Do diabła ze wszystkimi facetami na tym świecie. Nie byli jej przecież potrzebni, prawda? Ten drugi cios tylko utwierdził ją w przekonaniu, że nie potrzebuje nikogo w swoim życiu, że coś takiego jak miłość nie miało znaczenia, nie istniało po prostu w jej słowniku. Nie było jej pisane i tyle. I już powoli godziła się z tą myślą, chociaż jej duma bolała jak jasna cholera, bo przecież prawie nikt jej nie odtrącał - aż do dzisiaj, gdy otworzyła drzwi do gabinetu, by stanąć oko w oko z demonami przeszłości.
Postarzała się, chociaż postarzała ładnie. Zrezygnowała z długich włosów na rzecz krótszych blond pukli, teraz związanych w niedbały, acz jednak starannie upięty, kok. Jeden z tych rodzajów, które się robiło godzinami przed lustrem, by inni myśleli, że wystarczyła tylko minuta, by stworzyć fryzurę idealną. Sińce pod oczami były doskonale zamaskowane. Zmarszczki praktycznie niewidoczne. Makijaż stał się tylko odrobinę bardziej wyrazisty. Ubranie jaśniejsze, lecz bardziej stonowane niż te kilka lat temu. Kitel zostawiła w szafie w gabinecie, z którego planowała teraz wyjść. Przez ramię miała przewieszoną niewielką torebkę, w dłoni zaś trzymała teczkę, wypchaną po brzegi. Zabierała pracę do domu? Ona, ta która zawsze dbała o to, by Laurence tego nie robił?
- ... - wyglądała, jakby złapał ją na czymś nieprzyzwoitym. Pobladła okropnie, jakby zobaczyła ducha. Krew odpłynęła jej z twarzy, oczy się zaszkliły, a usta rozchyliły, jakby w poszukiwaniu powietrza. Zaskoczył ją. Nigdy nie przychodził pod jej gabinet, nigdy też nie chodził za nią po Mungu. Unikali siebie, byli dla siebie obcy, wymazując te wspólne kolacje, noce i śniadania. Kasując z pamięci słowa otuchy, przekomarzanie się, śmiech w otoczeniu śnieżnobiałej pościeli, skąpanej w porannych promieniach słońca, gdy wiedzieli, że spóźnią się do pracy, ale jednocześnie nie mogli się zebrać by wstać. Wymazali wszystkie chwile, które spędzali ze sobą. Ale czy na pewno bez zaklęć dało się tak po prostu o tym zapomnieć? Rzucić za siebie tak intensywne wspomnienia?
Chyba nie, bo teczka, którą trzymała, wypadła jej z dłoni. Trzasnęła o ziemię, momentalnie przywracając odpływającą do wspomnień Camille do pionu. Dźwięk ją otrzeźwił, sprawił że odruchowo kucnęła, chcąc podnieść swoją własność. I, na wszystkich bogów, nie patrzeć na jego twarz.