— Zawsze mógłbyś być po prostu zajęty, praca zajmuje dużo czasu — stwierdził Morpheus swobodnym tonem. On zawsze twierdził, gdy wścibska dalsza rodzina dopytywała o wesele, że jest poślubiony swojej pracy i nie ma czasu na zajmowanie się potrzebami żony, dziećmi i gospodarzeniem domu. Wymówka, stworzona w czasie, gdy miłością jego życia był mężczyzna, przeniosła się dalej, w czas złamanego serca oraz przeobraziła w samospełniającą się przepowiednię. Żył i oddychał dla przepowiedni, hołdując jednocześnie hedonistycznemu stylowi życia, który najbardziej ograniczało krytyczne spojrzenie socjety i choroba.
Niektóre rzeczy musiał kanibalizować w ukryciu, aby inne pożerać publicznie.
— Kosmos wyglądał pięknie. Tutaj nie było żadnych walorów estetycznych, chyba że fascynuje cię turpizm. Właściwie to cię nigdy nie zapytałem, a skoro jesteś francuzem, to może też katolikiem? — zawiesił głos w pytaniu. Sodomia była w tej wierze grzechem w prawie pisanym, nie tylko podług teorii społecznej. — Trochę jak święci w gotyckich katedrach, krew spływała mi z nosa i oczu, aż w końcu przestałem widzieć. To była moja wina, bo powinienem przestać, ale była ze mną Brenna.
Po tak długiej znajomości Neil z łatwością mógł połączyć imiona członków rodziny z ich przynależnością. Brenna, Erik, Maeve często znajdowali się w opowieściach, chociaż jako dzieci jego rodzeństwa, to często bliżej niż to faktyczne, był najmłodszy Frank, który uczęszczał do Hogwartu, barwne postacie famili Longbottomów.
Ułożył dokładnie karty na swoich nogach, przykrytych białą pościelą, po czym z wyraźnym zaskoczeniem dotknął czubka swojej głowy, faktycznie wyczuwając sprężynki. Pielęgniarki musiały zmyć żel prawdopodobnie kiedy spał pod wpływem końskich dawek eliksirów.
— Noszę je tak uczesane dłużej niż ty żyjesz Neil, ale zastanowię się nad tym — ...jeśli ty przestaniesz robić cierpiętniczą minę na każdą propozycję poprawy swojej kariery. Tego nie zamierzał mówić na głos. Też kiedyś był młody. To lubił w Neilu.
— Zapytaj o coś karty, chcę ci powróżyć.