Wiedziałam, że moje podejście do zadania nie jest odpowiednie. Za bardzo rozproszyłam się bliskością i rozważałam ucieczkę. Ale jak to zrobić w grzeczny sposób? A jeśli chciałam być naprawdę grzeczna, to nie powinnam mu w żaden sposób dać znać, że mi nieprzyjemnie. Może moje zachowanie odbierze jako znak, że go nie lubię? Muszę się koniecznie zrelaksować. Wyobrażę sobie, że to wcale nie nowo poznana osoba... Że to nie człowiek. To tylko taki sobie leśny druid wyszedł z lasu. Tylko druid to człowiek. To może elf? Hm... Krasnolud? Za duży. Pół-elf i pół-krasnolud...
— Kontroli, oh, tak... dobrze...
Muszę się naprawdę skupić na czarowaniu, inaczej nigdy mnie nie puści. Wzięłam głęboki wdech, wydech... Powtórzyłam gesty, które mi pokazywał. A raczej moja dłoń wykonywała je automatycznie, bo sama byłam zbyt spanikowana, żeby na cokolwiek zwrócić uwagę. A co dopiero zapamiętać.
— O jejku, ścięcie lasu takim sposobem to by była tragedia! Wyobraź sobie te wszystkie drzewa upadające naraz w jednym momencie...
No i wyobraziłam sobie. Chaos. Nawet nie efekt domina. Bo w takim gęstym lesie to drzewa by utknęły na środku i poprzechylały się tylko trochę pod kątem, nie mogąc swobodnie opaść. A gdyby jeszcze ktoś był w takim lesie? Tragedia!
Machałam różdżką słuchając Sama i nie czarując, bo tym razem akurat się skupiłam na jego słowach.
— Hm... Może po trochu z każdego rodzaju? Nie znam się na tym tak bardzo, a szczególnie nie na magicznych efektach. U mnie na wsi to się tylko zagryzało alkohol kiełbasą z ziołem kacówki, żeby na drugi dzień nie było efektów ubocznych. Może dlatego, że dużo mugoli tam, to nie chcieli nikogo czasem otruć. Podobno oni nie mogą spożywać wszystkich magicznych specyfików, bo zamiast magicznych właściwości po prostu się rozchorują. Dlatego mało kto się tym zajmował. Wiesz, moja wieś to taka wymieszana jest. Każdy jest rodziną z każdym, więc u każdego w rodzinie co najmniej jeden czarodziej. Więc niby wioska magiczna, ale no nie do końca właśnie.