Niemożliwość w świecie magii jawiła się abstrakcją. Czego NIE JESTEŚ w stanie za jej pomocą dokonać? Nieśmiertelność? Proszę bardzo - sięgnij po wampiryzm. Uleczenie wszelkich chorób - zapłać cenę, jest kamień filozoficzny. Wielka wiedza, zmiana ciała, kształtu, przecież możesz wszystko. Możesz nawet czuć wielką miłość, chociaż nie czujesz niczego - wystarczyłaby amortencja. Sprytnie podana amortencja do szklanki z alkoholem, która stała na stoliku i na razie pozostawała nieruszona przez Laurenta. Bo o wiele cieplej było przylegać do drugiego człowieka, niż dawać się rozgrzać procentom. O wiele przyjemniej było trwać przy kimś i nawet nie walczyć o roztopienie go, pokonanie jego murów, tylko pozwalanie na to, żeby w tym niewinnym akcie był sobą. Nawet w najbardziej raw formie, jaką mógł sobą zaprezentować. Uważał, że człowiek dla drugiego człowieka nie powinien się zmieniać. Z perspektywy czasu wiedział też, że to było złe. Że sam źle robił tak gładko wchodząc pod skórę ludziom wokół, że chciał się przypodobać, że chciał stanowić jakąś wartość w oczach ludzi spoglądających na niego przez jedną migotliwą noc. Perspektywy czyniły człowieka i perspektywy pozwalały też mierzyć się z człowieczeństwem, które miało zostać zweryfikowane przyszłością. A ta była niepewna. Każdy kolejny dzień był jedną wielką niepewną, więc oto są. Tu i teraz, ciało przy ciele. W spokoju. W muzyce deszczu i szumie wiatru. Przy miarowym i spokojnym biciu serca - czarnym jak noc, jak wyceniał je Nicholas. Wyceniło je też tak wielu innych, którzy ucierpieli z rąk tego czarnoksiężnika. Te same dłonie obejmowały go teraz delikatnie i czule, a wcale nie ubywało im w tym pewności tego dotyku. Wszystko było na swoim miejscu, wszystko się układało... tylko w tej chwili. Nawet jeśli bycie sobą stanowiło prawdziwy rarytas wśród powszednich doznań to przecież rozejdą się do swoich codzienności i nic nie będzie w tych godzinach ułożone w taki sam komfort doznań.
- Mhmm... w twoim wypadku na pewno. - Mruknął i nieco się przeciągnąał, rozciąągnął, nieco przesunął jeszcze głowę, by znaleźć to idealne ułożenie dla niej dla największego komfortu swojego jak i samego Nicholasa. Po tym ruchu nastąpiło całkowite rozluźnienie mięśni. Zamknął oczy. - Hmm, hmm... jak to było... - Zamruczał wręcz sennie, przybrawszy teraz niemal płynną formę kota, w której chyba przelewałby się przez ręce w razie jakiegokolwiek poruszenia. Był zmęczony. Bardzo zmęczony, ale w tym bardzo pozytywnym stylu, w dobrym znaczeniu. -
Ten haracz podłości ludzkiej płacimy stale, a gdy nas łamie to
z ranionym i krwawiącym sercem śmiechem śmiejemy się uroczym
I gardłujemy o tysiącach drobiazgów ludziom prosto w oczy.*
Zacytował kawałek wiersza.
- Nie pamiętam go dobrze, ale tak to leciało. - Ponieważ to czyny mówiły więcej niż słowa. To prawda. Ale to słowa potrafiły udowodnić, jak bardzo fałszywą osobę miało się przy sobie. - Dlatego ci nie ufam. I prawie każdy nasz krok to test. - Uchylił powieki, żeby spojrzeć na niego z dołu. Spokój deszczu został przerwany przez stukot psich pazurów, kiedy Duma przeszedł przez salon i położył się przy stoliku, żeby być tuż przed kanapą i mieć wszystko na widoku.
*trochę przeinaczony tekst "We Wear the Mask" - Paul Dunbar