13.03.2024, 00:57 ✶
Wokół nie działo się nic, a jednak Alastor nie potrafił tak po prostu stąd wychodzić. Nie potrafił zostawiać jej tutaj samej, w tych smutnych, pustych murach Lecznicy, w której nikt nie patrzył na nią tak, jak patrzył na nią on. Lecznicy, do której tak łatwo było się dostać - miał wrażenie, że każdy mógłby wspiąć się po nierównym gzymsie i dostać się do niezabezpieczonego okna. Plotki o tym, że jego siostra tu przebywała, rozchodziły się dosyć szybko i męczyły go niemożebnie - bo skoro wszyscy o tym wiedzieli, to wszyscy mogli tutaj przyjść. Zakłócić ten spokój, a tym samym jego spokój.
Jednocześnie ten spokój go zabijał.
Jego siostra była jak sztorm. Targała jego życiem tak, jak wichura targała wszystkim wokół. Momentami czuł, że nie jest trwały jak budynek z betonu, czasami musiał złapać się czegoś pazurami, aby nie dać się temu porwać - ale i tak oddałby wszystko, żeby znów poczuć siłę tego wiatru smagającego jego policzki. I najwyraźniej nie musiał już prosić. To dzięki modlitwom? Dzięki wierze? Od jutra musiałby mówić: moja siostra jest w śpiączce od miesiąca. Od miesiąca. A jednak - od jutra będzie mówić, że czytał jej Sen Nocy Letniej, a ona spadła z łóżka obrażając go.
Spadła przy nim z łóżka. Powinien ją złapać, każdy dokładnie tego oczekiwałby po Alastorze Moodym - że nie da jej zaliczyć nagłego kontaktu z podłogą, wszystko będzie widział bardzo wyraźnie, a po jego twarzy nie potoczy się żadna łza - no bo przecież Alastor Moody taki był. Od zawsze. Istniało na świecie niewiele rzeczy stałych i pewnych, ale jedną z najważniejszych byli właśnie to, że można było liczyć na jego upierdliwy, ale spójny charakter, na jego głupie tekściki przypominające wszystkim o zachowaniu czujności, której sam nie zachował w najbardziej krytycznym momencie, jaki potrafił sobie wyobrazić.
To była scena jak z horroru. Czołgała się w jego kierunku po podłodze. Z tymi poplątanymi czarnymi włosami, w tym dziwacznym ubraniu szpitalnym, blada jak nigdy, chudsza o wiele bardziej niż chciałby zauważyć. Nie potrafił już zatrzymać tego, co działo się z jego twarzą. Nigdy nie chciał dać sobie przyzwolenia na płakanie, ale musiał ulec bólowi własnej duszy, ulec temu wszystkiemu, co przygniatało go teraz do podłogi i nie dawało oddychać. Kucnął przed nią, delikatnie łapiąc ją za ramiona, a kiedy zrozumiał, że nie może objąć jej w tej sposób, usiadł na ziemi. Na tej zimnej podłodze, na którą sekundy temu upadła. A później przyciągnął ją do siebie i zamknął w mocnym uścisku, oddzielając od chłodnej posadzki własnym ciałem.
- Mamy już czerwiec, ty cholerna wariatko. - Czerwiec. Czerwiec, nie maj! Miesiąc, to był miesiąc codziennego zastanawiania się czy istniały jakiekolwiek szanse na to, że wydobrzeje. - Myślałem, że naprawdę mnie zostawiłaś. - Z tymi podkrążonymi oczyma i mokrymi policzkami czuł się strasznie nagi, obdarty z rzeczy czyniących go sobą. To wszystko jednak kompletnie traciło na znaczeniu, kiedy docierało do niego czyj głos właśnie usłyszał, kto szarpał go za nogawkę, kto zaprotestował pozbawionej sensu śmierci w tym smutnym miejscu, którego Alastor coraz mocniej nienawidził.
Jednocześnie ten spokój go zabijał.
Jego siostra była jak sztorm. Targała jego życiem tak, jak wichura targała wszystkim wokół. Momentami czuł, że nie jest trwały jak budynek z betonu, czasami musiał złapać się czegoś pazurami, aby nie dać się temu porwać - ale i tak oddałby wszystko, żeby znów poczuć siłę tego wiatru smagającego jego policzki. I najwyraźniej nie musiał już prosić. To dzięki modlitwom? Dzięki wierze? Od jutra musiałby mówić: moja siostra jest w śpiączce od miesiąca. Od miesiąca. A jednak - od jutra będzie mówić, że czytał jej Sen Nocy Letniej, a ona spadła z łóżka obrażając go.
Spadła przy nim z łóżka. Powinien ją złapać, każdy dokładnie tego oczekiwałby po Alastorze Moodym - że nie da jej zaliczyć nagłego kontaktu z podłogą, wszystko będzie widział bardzo wyraźnie, a po jego twarzy nie potoczy się żadna łza - no bo przecież Alastor Moody taki był. Od zawsze. Istniało na świecie niewiele rzeczy stałych i pewnych, ale jedną z najważniejszych byli właśnie to, że można było liczyć na jego upierdliwy, ale spójny charakter, na jego głupie tekściki przypominające wszystkim o zachowaniu czujności, której sam nie zachował w najbardziej krytycznym momencie, jaki potrafił sobie wyobrazić.
To była scena jak z horroru. Czołgała się w jego kierunku po podłodze. Z tymi poplątanymi czarnymi włosami, w tym dziwacznym ubraniu szpitalnym, blada jak nigdy, chudsza o wiele bardziej niż chciałby zauważyć. Nie potrafił już zatrzymać tego, co działo się z jego twarzą. Nigdy nie chciał dać sobie przyzwolenia na płakanie, ale musiał ulec bólowi własnej duszy, ulec temu wszystkiemu, co przygniatało go teraz do podłogi i nie dawało oddychać. Kucnął przed nią, delikatnie łapiąc ją za ramiona, a kiedy zrozumiał, że nie może objąć jej w tej sposób, usiadł na ziemi. Na tej zimnej podłodze, na którą sekundy temu upadła. A później przyciągnął ją do siebie i zamknął w mocnym uścisku, oddzielając od chłodnej posadzki własnym ciałem.
- Mamy już czerwiec, ty cholerna wariatko. - Czerwiec. Czerwiec, nie maj! Miesiąc, to był miesiąc codziennego zastanawiania się czy istniały jakiekolwiek szanse na to, że wydobrzeje. - Myślałem, że naprawdę mnie zostawiłaś. - Z tymi podkrążonymi oczyma i mokrymi policzkami czuł się strasznie nagi, obdarty z rzeczy czyniących go sobą. To wszystko jednak kompletnie traciło na znaczeniu, kiedy docierało do niego czyj głos właśnie usłyszał, kto szarpał go za nogawkę, kto zaprotestował pozbawionej sensu śmierci w tym smutnym miejscu, którego Alastor coraz mocniej nienawidził.
fear is the mind-killer.