10.03.2024, 19:56 ✶
Siedział obok i tylko lekko zmarszczył brwi, gdy dodała "powiedzmy" do jego komplementu. Nie wiedział jak było w tej cukierni, widział tylko zdjęcia (nawet jeśli ruchome, to co z tego?), widział krótki tekst przedstawiający to jako coś, co można było polubić, w czym można było się zakochać i zostawić tam swoje serce. Ale coś w tym "powiedzmy" wskazywało na to, że w beczce miodu, znajduje się sążnista łyżka dziegciu. Czuł to w jej głosie, w jej istnieniu. Z drugiej strony... może po prostu dorośli? A może zwyczajnie – zgodnie z tym co napisała mu w liście – rana wcale nie przeszła w tło, ale co jakiś czas odzywała się i drążyła dziewczynie w głowie, zupełnie niepotrzebnie.
Czy ta rozmowa cokolwiek mogła zmienić? Naprawić?
Samuel wątpił w to. Wbrew temu co sądził o nim Erik, nie znał się wcale na słowach, nie takich, w które mógłby ubrać to wszystko co czuł i czego nie czuł, co mu się wydawało, a co umykało jego percepcji. Uciekał w pracę, w wysiłek wizyczny tak wiele razy, że gdy nagle okoliczności zmuszały go do zatrzymania się i pomyślenia, do poczucia... cóż, bardzo często nie kończyło się to dla niego zbyt dobrze i tylko krogulczym ciałem mógł się ratować przed zielonymi pętami klątwy żywiołów.
Dopiero gdy zapytała go wprost, odetchnął głębiej, dając różnicę ciszy, w której oboje trwali nad czarną tonią, pod gwieździstym nieboskłonem.
– Mówiłem wtedy szczerze... Jestem... Nora, jestem nikim, mieszkam... teraz nawet już nie mieszkam w swoim domu. Nie mam wykształcenia, nie mam dobrej pracy, która mogłaby... Hah... – pamięć o tamtej rozmowie odżywała, w czerni i bieli, w krzywym zwierciadle wadliwej pamięci. To nie był argument, to nie tłumaczyło nic. Zadarł głowę ku górze, boleśnie rozciągając szyję, niepomny na to, że we włosach wciąż miał posrebrzany diadem. Książę Kniei. Przeklęty na wiele sposobów. Krwią ojca, matki... Było w czym wybierać, kniejowego klosza, w którym matka wychowywała go w oderwaniu od świata.
– Jakbym Ci powiedział... zostałabyś. Porzuciłabyś wszystkie swoje marzenia i piękne... najpiękniejsze plany dla przybłędy z lasu.– podjął nagle cicho, próbując zachować spokój, próbując skupić się na słowach, a nie na łomoczącym sercu. Przez większość czasu, przez większość życia było mu dobrze kim był i co miał. Ale przy Norze... to zawsze było za mało...
– Zostałabyś i znienawidziłabyś mnie za to, że zniszczyłem Ci to życie. JA bym siebie znienawidził za to, że przez... przez... przez kilka miłych chwil nie mogłabyś sięgnąć gwiazd. Nigdy bym sobie tego nie wybaczył – jak patrzył w gwiazdy tak gwałtownie zwiesił głowę. Oddychał ciężko, rozpaczliwie próbując się uspokoić, palce zacisnął na zbutwiałej desce, niepomny na jej stan. Było źle, liczył, że alkohol przytępi obronne odruchy, ale... moc ziemi odzywała się w jego uszach monotonnym tętnem pulsującego, brutalnego życia. Byli nad wodą, ale czy to wystarczy...?
Czy ta rozmowa cokolwiek mogła zmienić? Naprawić?
Samuel wątpił w to. Wbrew temu co sądził o nim Erik, nie znał się wcale na słowach, nie takich, w które mógłby ubrać to wszystko co czuł i czego nie czuł, co mu się wydawało, a co umykało jego percepcji. Uciekał w pracę, w wysiłek wizyczny tak wiele razy, że gdy nagle okoliczności zmuszały go do zatrzymania się i pomyślenia, do poczucia... cóż, bardzo często nie kończyło się to dla niego zbyt dobrze i tylko krogulczym ciałem mógł się ratować przed zielonymi pętami klątwy żywiołów.
Dopiero gdy zapytała go wprost, odetchnął głębiej, dając różnicę ciszy, w której oboje trwali nad czarną tonią, pod gwieździstym nieboskłonem.
– Mówiłem wtedy szczerze... Jestem... Nora, jestem nikim, mieszkam... teraz nawet już nie mieszkam w swoim domu. Nie mam wykształcenia, nie mam dobrej pracy, która mogłaby... Hah... – pamięć o tamtej rozmowie odżywała, w czerni i bieli, w krzywym zwierciadle wadliwej pamięci. To nie był argument, to nie tłumaczyło nic. Zadarł głowę ku górze, boleśnie rozciągając szyję, niepomny na to, że we włosach wciąż miał posrebrzany diadem. Książę Kniei. Przeklęty na wiele sposobów. Krwią ojca, matki... Było w czym wybierać, kniejowego klosza, w którym matka wychowywała go w oderwaniu od świata.
– Jakbym Ci powiedział... zostałabyś. Porzuciłabyś wszystkie swoje marzenia i piękne... najpiękniejsze plany dla przybłędy z lasu.– podjął nagle cicho, próbując zachować spokój, próbując skupić się na słowach, a nie na łomoczącym sercu. Przez większość czasu, przez większość życia było mu dobrze kim był i co miał. Ale przy Norze... to zawsze było za mało...
– Zostałabyś i znienawidziłabyś mnie za to, że zniszczyłem Ci to życie. JA bym siebie znienawidził za to, że przez... przez... przez kilka miłych chwil nie mogłabyś sięgnąć gwiazd. Nigdy bym sobie tego nie wybaczył – jak patrzył w gwiazdy tak gwałtownie zwiesił głowę. Oddychał ciężko, rozpaczliwie próbując się uspokoić, palce zacisnął na zbutwiałej desce, niepomny na jej stan. Było źle, liczył, że alkohol przytępi obronne odruchy, ale... moc ziemi odzywała się w jego uszach monotonnym tętnem pulsującego, brutalnego życia. Byli nad wodą, ale czy to wystarczy...?