08.03.2024, 02:54 ✶
Patrick pokręcił głową. Gdyby nie to, że – jak mu się wydawało – wychwycił żart skrywający się w słowach towarzysza, pomyślałby, że popełnił błąd ciągnąc go tutaj na siłę. Trauma brzmiało poważnie, ale Sebastian lubił wielkie słowa, które niosły ze sobą wielkie znaczenie.
- Patrz, nawet teraz stodoła jeszcze się nie zawaliła – zauważył pogodnie. Wskazał wolną ręką w stronę budynku, jakby ten rzeczywiście miał się walić lub chwiać w posadach. W rzeczywistości, po prostu kontynuował żart, zastanawiając się przy okazji z czego wynikała wybrzmiewająca między wersami pochwała samotności. Z talentu, który był jednocześnie brzemieniem? Z charakteru? Z tego, że Sebastian zdążył się kiedyś sparzyć w kontaktach z ludźmi? – W Hogwarcie też unikałeś imprez? Świętowania zdobycia Pucharu Domów, zwycięstwa nad przeciwną drużyną w meczu Quidditcha czy grupowych wypadów do Hogsmeade? – zainteresował się.
Steward nie unikał. Jeśli się chciało pozostać bezimienną twarzą w tłumie, nie można było się tak po prostu odwrócić i robić coś przeciwnego do reszty. Inna sprawa, że kontakty towarzyskie nigdy nie sprawiały mu większych trudności. Częściowo przez charakter, a częściowo dzięki aurowidzeniu, ale łatwo przychodziło mu nawiązywanie znajomości.
- Tak. Przyzwyczajam się – potwierdził, uśmiechając się krzywo pod nosem. Kiedy teraz o tym myślał, brzmiało to dla niego dość osobliwie, ale chyba naprawdę zaczął się przyzwyczajać. Nawet cudze zaskoczenie malujące się w oczach lub przypadkowe wzdrygnięcia, przestał odbierać personalnie. Wystarczyło się przecież uśmiechnąć, odsunąć i zachowywać tak, jakby nic się nie stało, jakby jego rozmówca wcale nie zetknął się z przenikającym na wskroś zimnem, jakby kostki lodu w szklaneczce roztopiły się a nie pozostały nienaruszone. Kiedy się dostatecznie przymykało oczy, można było nie zobaczyć wielu rzeczy. – Zamienia rezydencję rodową w prywatny pałac.
Uniósł szklankę z whisky. Umoczył w niej usta, uświadamiając sobie, że tym razem to on zaczął gadać o Brennie. Ale ta historia właściwie była jego i Brenny. Clare, choć z jego strony była jej mimowolnym początkiem i (nie)chcianym końcem, dla fabuły pozostawała nieszczególnie istotna. Opowieść nic nie traciła bez jej imiennego udziału, ale traciła sens bez Brenny.
- Czasami imprezy, jak kłopoty, same znajdują Longbottom – zaczął rozbawionym tonem. - Jakoś dwa lata wcześniej, ja i ona, zostaliśmy wciągnięci na pewne wesele. Pan młody był szkotem. Panna młoda pochodziła z Włoch. Chociaż trafiliśmy tam przypadkiem i nie znaliśmy nikogo, bawiliśmy się dobrze. Udało nam się nawet zaprzyjaźnić z państwem młodym, czyli Cataliną i Robertem. W lipcu byliśmy nawet w Rzymie na weselu siostry Cataliny.
Otworzył usta, by kontynuować opowieść, gdy dostrzegł zbliżającego się Neila. Zamrugał, dopiero po paru sekundach uświadamiając sobie, że widział nici Morfeusa Longbottoma, biegnące ku temu młodemu mężczyźnie. Patrick nie widział wtedy ani aury, ani nici Neila, ale pozostawał na tyle empatyczny by zrozumieć, że obserwowanie tańczącego Morfeusa z Septimą, mogło nie należeć do najprzyjemniejszych doznań. Może z tego powodu postanowił wyjść ze stodoły?
- Też potrzebujesz chwili wytchnienia? – zagaił do niego. - Strasznie tam głośno w środku. Aż trudno usłyszeć własne myśli.
- Patrz, nawet teraz stodoła jeszcze się nie zawaliła – zauważył pogodnie. Wskazał wolną ręką w stronę budynku, jakby ten rzeczywiście miał się walić lub chwiać w posadach. W rzeczywistości, po prostu kontynuował żart, zastanawiając się przy okazji z czego wynikała wybrzmiewająca między wersami pochwała samotności. Z talentu, który był jednocześnie brzemieniem? Z charakteru? Z tego, że Sebastian zdążył się kiedyś sparzyć w kontaktach z ludźmi? – W Hogwarcie też unikałeś imprez? Świętowania zdobycia Pucharu Domów, zwycięstwa nad przeciwną drużyną w meczu Quidditcha czy grupowych wypadów do Hogsmeade? – zainteresował się.
Steward nie unikał. Jeśli się chciało pozostać bezimienną twarzą w tłumie, nie można było się tak po prostu odwrócić i robić coś przeciwnego do reszty. Inna sprawa, że kontakty towarzyskie nigdy nie sprawiały mu większych trudności. Częściowo przez charakter, a częściowo dzięki aurowidzeniu, ale łatwo przychodziło mu nawiązywanie znajomości.
- Tak. Przyzwyczajam się – potwierdził, uśmiechając się krzywo pod nosem. Kiedy teraz o tym myślał, brzmiało to dla niego dość osobliwie, ale chyba naprawdę zaczął się przyzwyczajać. Nawet cudze zaskoczenie malujące się w oczach lub przypadkowe wzdrygnięcia, przestał odbierać personalnie. Wystarczyło się przecież uśmiechnąć, odsunąć i zachowywać tak, jakby nic się nie stało, jakby jego rozmówca wcale nie zetknął się z przenikającym na wskroś zimnem, jakby kostki lodu w szklaneczce roztopiły się a nie pozostały nienaruszone. Kiedy się dostatecznie przymykało oczy, można było nie zobaczyć wielu rzeczy. – Zamienia rezydencję rodową w prywatny pałac.
Uniósł szklankę z whisky. Umoczył w niej usta, uświadamiając sobie, że tym razem to on zaczął gadać o Brennie. Ale ta historia właściwie była jego i Brenny. Clare, choć z jego strony była jej mimowolnym początkiem i (nie)chcianym końcem, dla fabuły pozostawała nieszczególnie istotna. Opowieść nic nie traciła bez jej imiennego udziału, ale traciła sens bez Brenny.
- Czasami imprezy, jak kłopoty, same znajdują Longbottom – zaczął rozbawionym tonem. - Jakoś dwa lata wcześniej, ja i ona, zostaliśmy wciągnięci na pewne wesele. Pan młody był szkotem. Panna młoda pochodziła z Włoch. Chociaż trafiliśmy tam przypadkiem i nie znaliśmy nikogo, bawiliśmy się dobrze. Udało nam się nawet zaprzyjaźnić z państwem młodym, czyli Cataliną i Robertem. W lipcu byliśmy nawet w Rzymie na weselu siostry Cataliny.
Otworzył usta, by kontynuować opowieść, gdy dostrzegł zbliżającego się Neila. Zamrugał, dopiero po paru sekundach uświadamiając sobie, że widział nici Morfeusa Longbottoma, biegnące ku temu młodemu mężczyźnie. Patrick nie widział wtedy ani aury, ani nici Neila, ale pozostawał na tyle empatyczny by zrozumieć, że obserwowanie tańczącego Morfeusa z Septimą, mogło nie należeć do najprzyjemniejszych doznań. Może z tego powodu postanowił wyjść ze stodoły?
- Też potrzebujesz chwili wytchnienia? – zagaił do niego. - Strasznie tam głośno w środku. Aż trudno usłyszeć własne myśli.