06.03.2024, 22:26 ✶
Och, dużo było słów, które chciałem wyznać, tych wszystkich przewinień przeciwko wielkości Rookwoodów, których dokonałem, których dokonywałem albo też o tych, których chciałem dokonać...? Czułem się od dawna niczym wielka, wstrętna choroba. Strawiła mnie, a teraz chciała pociągnąć za sobą również innych. Moich. Bliskich. Niczym pasożyt. Taki pasożyt, którego nie sposób było się pozbyć czy przepędzić... jak chociażby gnomy. Dobrze, że gnomy nie przypominały wyglądem świń, bo mógłbym dopisać do listy kolejne sytuacje, kolejne rzeczy, kolejne przewinienia. Również kolejne oznaki braku kompetencji. Do życia w tej rodzinie? Czy ogólnie do życia?
Odruchowo chciałem opuścić wzrok, lustrować uważnym wzrokiem czubki butów, ale zbiłem w sobie tę potrzebę. Było dokładnie tak, jakby ktoś lata temu wbił mi do głowy podobne zachowanie, usilną musztrą zmusił do patrzenia sobie w oczy. Czy wpatrywałem się w te oczy? Te bezduszne, ciemne oczy Ojca? Och, tylko drobną sekundę, pełną strachu sekundę, póki nie wbiłem spojrzenia w punkt pomiędzy jego oczami. Bezpieczna strefa w ej paskudnej sytuacji. Można było udawać, że się jest odważnym, wtedy można było za takiego uchodzić. Za niezłomnego, dumnego, silnego, prawda? Szczególnie, kiedy się miało za kołnierzem te przewinienia przeciwko Rookwoodom. Ach, te przewinienia, co mi siedziały w głowie, teraz tym intensywniej, kiedy On - Pan Ojciec - był w pobliżu.
Strach, stres - próbowałem zbić w sobie te uczucia, ale chyba przegrywałem tę potyczkę. Usta jakby były gotowe do wyznania słów, które domagały się zraportowania, ale obawa przed karą, przed jeszcze większym poczuciem porażki, przed ujrzeniem zawodu w oczach Ojca... skutecznie mnie powstrzymywała.
- Właściwie miałem kończyć. Zbiera się na burzę - zauważyłem, składając ręce z tyłu plecach. W nadgarstkach. Trzeba było je złożyć w nadgarstkach by nie wyjść na spiętego, na przerażonego. Pozory? Nie wiem, czy to cokolwiek było warte przed obliczem Chestera Rookwooda. Znał mnie od małego. Byłem jego najmłodszym dzieckiem. Musiałem wyglądać śmiesznie, więc... lepiej powiedzieć i wziąć na pierś konsekwencje? Chyba tak. Chyba...? Czy może na pewno? Bałem się.
Nie wytrzymałem i opuściłem wzrok. Jeszcze przed karceniem, przed jakimikolwiek słowami pouczenia.
- Dziesięć dni temu odbyło się spotkanie... Głosowanie, pewnie wiesz, tato? - zapytałem, zastanawiając się, jak wiele wie i czy Czarny Pan mówił mu coś o mnie, o tchórzostwie jego syna? Może oboje liczyli, że wezmę odpowiedzialność za organizację, a ja się zawahałem, zastanawiałem, czy Ojciec by tego chciał...? Z pewnością by tego chciał. Ale czy sprostałbym zadaniu...? Czy byłem wystarczający...? Nie za bardzo się taki czułem. I przede wszystkim, czy to byłoby dobre dla mnie i mojej rodziny...?
Odruchowo chciałem opuścić wzrok, lustrować uważnym wzrokiem czubki butów, ale zbiłem w sobie tę potrzebę. Było dokładnie tak, jakby ktoś lata temu wbił mi do głowy podobne zachowanie, usilną musztrą zmusił do patrzenia sobie w oczy. Czy wpatrywałem się w te oczy? Te bezduszne, ciemne oczy Ojca? Och, tylko drobną sekundę, pełną strachu sekundę, póki nie wbiłem spojrzenia w punkt pomiędzy jego oczami. Bezpieczna strefa w ej paskudnej sytuacji. Można było udawać, że się jest odważnym, wtedy można było za takiego uchodzić. Za niezłomnego, dumnego, silnego, prawda? Szczególnie, kiedy się miało za kołnierzem te przewinienia przeciwko Rookwoodom. Ach, te przewinienia, co mi siedziały w głowie, teraz tym intensywniej, kiedy On - Pan Ojciec - był w pobliżu.
Strach, stres - próbowałem zbić w sobie te uczucia, ale chyba przegrywałem tę potyczkę. Usta jakby były gotowe do wyznania słów, które domagały się zraportowania, ale obawa przed karą, przed jeszcze większym poczuciem porażki, przed ujrzeniem zawodu w oczach Ojca... skutecznie mnie powstrzymywała.
- Właściwie miałem kończyć. Zbiera się na burzę - zauważyłem, składając ręce z tyłu plecach. W nadgarstkach. Trzeba było je złożyć w nadgarstkach by nie wyjść na spiętego, na przerażonego. Pozory? Nie wiem, czy to cokolwiek było warte przed obliczem Chestera Rookwooda. Znał mnie od małego. Byłem jego najmłodszym dzieckiem. Musiałem wyglądać śmiesznie, więc... lepiej powiedzieć i wziąć na pierś konsekwencje? Chyba tak. Chyba...? Czy może na pewno? Bałem się.
Nie wytrzymałem i opuściłem wzrok. Jeszcze przed karceniem, przed jakimikolwiek słowami pouczenia.
- Dziesięć dni temu odbyło się spotkanie... Głosowanie, pewnie wiesz, tato? - zapytałem, zastanawiając się, jak wiele wie i czy Czarny Pan mówił mu coś o mnie, o tchórzostwie jego syna? Może oboje liczyli, że wezmę odpowiedzialność za organizację, a ja się zawahałem, zastanawiałem, czy Ojciec by tego chciał...? Z pewnością by tego chciał. Ale czy sprostałbym zadaniu...? Czy byłem wystarczający...? Nie za bardzo się taki czułem. I przede wszystkim, czy to byłoby dobre dla mnie i mojej rodziny...?