06.03.2024, 18:40 ✶
Oto i ona.
Nieosiągalne piękno, sunąca do niego niekwestionowana królowa tego balu.
Czym sobie zasłużył na jej czas, na uwagę, na pamięć? Niczym tak naprawdę, może nutką sentymentu, nostalgii za słodkim czasem dzieciństwa, kiedy mogli razem dokazywać uciekając przed czujnymi oczyma dorosłych. Może nutką sentymentu za pierwszym pocałunkiem, za uniesieniem, za dotykiem, którego żadne z nich wcześniej nie znało. Być może była to zapodziana wpłata, którą teraz mogli wydać, z tego opustoszałego depozytu, długu, który narósł latami.
Między nimi leżało bowiem kilka rzeczy niewypowiedzianych.
Chodź Sam był zakochany te osiem lat temu, dalej to było za mało, by odsłonić przed Norą swoje tajemnice, by powiedzieć jej to, czego nikomu innemu nie powiedział. Choć Nora była zakochana te osiem lat temu, dalej to było mało, by odsłonić przed nim swoją tajemnicę, by powiedzieć mu to, dlaczego ów kontakt nie powinien być zarwany.
Oboje w matni, nieświadomi treści kart trzymanych przy piersi przez drugie. Oboje tęskniący, za beztroską, boleśnie doświadczający barier dorosłego życia.
Uśmiechnął się na jej widok, lekko, tak, że ledwie uśmiech ten sięgnął błękitnych oczu. Schylił głowę, czując ulgę, że wyszła sama i że na przykład nie zaczęła udawać, że wcale go nie widzi.
– Przejdziemy się? – zapytał, mając w tym pytaniu i postawie przestrzeń na odmowę. Nawet nie drgnął jeśli nie wyraziła zgody, nie narzucał jej rozwiązań, bo choć nie należało to w jego naturze, to nawert gdyby – nie miał do tego żadnych praw.
Skupiał się zaś nie tyle, co na jej obecności, a ciszy miasteczka, które szybko przeszło w ciszę pól. Żadne z nich nie tolerowało translokacji, oboje mieli nogi przyzwyczajone do przemieszczania. Szli... starą drogą, może to nogi same prowadziły ich nad ulubione miejsce, nad jezioro, gdzie wszystko się zaczęło, gdzie pierwszy raz wymienili się zabawkami i bawili w syrenkę i księcia topielca. Samuel długo milczał, poszukując właściwych słów. W końcu... spróbował tej całej małej rozmowy, mało istotnej, ale cisza, umiłowany przezeń stan, zdawała się nieznośna między nimi teraz.
– Mm... to gdzie właściwie śpisz? W sensie... em... gdzie miałbym Cię odprowadzić potem, bo tu...eee... wydaje mi się, że nad jeziorem nikt nie wybudował zajazdu. Nie kiedy byłem tam ostatnio... – patrzył przed siebie, nie śmiał jej dotknąć, zaproponować ramienia. To było takie niezręczne, takie głupie, że gdyby konieczność tłumaczenia jej dlaczego jednak nie powinni tam iść nie była tak przeraźliwie niezręczniejsza i głupsza, pewnie by już zawracali na powrót do miasteczka.
A było tak pięknie... Za nimi łuna, a nad nimi... roje gwiazd w bezchmurną noc, co rusz któraś postanawiała spaść...
Nieosiągalne piękno, sunąca do niego niekwestionowana królowa tego balu.
Czym sobie zasłużył na jej czas, na uwagę, na pamięć? Niczym tak naprawdę, może nutką sentymentu, nostalgii za słodkim czasem dzieciństwa, kiedy mogli razem dokazywać uciekając przed czujnymi oczyma dorosłych. Może nutką sentymentu za pierwszym pocałunkiem, za uniesieniem, za dotykiem, którego żadne z nich wcześniej nie znało. Być może była to zapodziana wpłata, którą teraz mogli wydać, z tego opustoszałego depozytu, długu, który narósł latami.
Między nimi leżało bowiem kilka rzeczy niewypowiedzianych.
Chodź Sam był zakochany te osiem lat temu, dalej to było za mało, by odsłonić przed Norą swoje tajemnice, by powiedzieć jej to, czego nikomu innemu nie powiedział. Choć Nora była zakochana te osiem lat temu, dalej to było mało, by odsłonić przed nim swoją tajemnicę, by powiedzieć mu to, dlaczego ów kontakt nie powinien być zarwany.
Oboje w matni, nieświadomi treści kart trzymanych przy piersi przez drugie. Oboje tęskniący, za beztroską, boleśnie doświadczający barier dorosłego życia.
Uśmiechnął się na jej widok, lekko, tak, że ledwie uśmiech ten sięgnął błękitnych oczu. Schylił głowę, czując ulgę, że wyszła sama i że na przykład nie zaczęła udawać, że wcale go nie widzi.
– Przejdziemy się? – zapytał, mając w tym pytaniu i postawie przestrzeń na odmowę. Nawet nie drgnął jeśli nie wyraziła zgody, nie narzucał jej rozwiązań, bo choć nie należało to w jego naturze, to nawert gdyby – nie miał do tego żadnych praw.
Skupiał się zaś nie tyle, co na jej obecności, a ciszy miasteczka, które szybko przeszło w ciszę pól. Żadne z nich nie tolerowało translokacji, oboje mieli nogi przyzwyczajone do przemieszczania. Szli... starą drogą, może to nogi same prowadziły ich nad ulubione miejsce, nad jezioro, gdzie wszystko się zaczęło, gdzie pierwszy raz wymienili się zabawkami i bawili w syrenkę i księcia topielca. Samuel długo milczał, poszukując właściwych słów. W końcu... spróbował tej całej małej rozmowy, mało istotnej, ale cisza, umiłowany przezeń stan, zdawała się nieznośna między nimi teraz.
– Mm... to gdzie właściwie śpisz? W sensie... em... gdzie miałbym Cię odprowadzić potem, bo tu...eee... wydaje mi się, że nad jeziorem nikt nie wybudował zajazdu. Nie kiedy byłem tam ostatnio... – patrzył przed siebie, nie śmiał jej dotknąć, zaproponować ramienia. To było takie niezręczne, takie głupie, że gdyby konieczność tłumaczenia jej dlaczego jednak nie powinni tam iść nie była tak przeraźliwie niezręczniejsza i głupsza, pewnie by już zawracali na powrót do miasteczka.
A było tak pięknie... Za nimi łuna, a nad nimi... roje gwiazd w bezchmurną noc, co rusz któraś postanawiała spaść...