Nie potrzebował jego opinii. Nie potrzebował poznawać zdania, jakie w tym temacie posiadał siedzący po drugiej stronie smarkacz. W zasadzie… w zasadzie nawet go o to nie poprosił. Przedstawił jedynie sytuacje, problem, co do którego próbował uzyskać możliwie najwięcej informacji. Starał się nie okazać żadnej irytacji. Starał się nie dopuścić do tego, aby ta wybrzmiała. Choć może?
- Nie prosiłem Ciebie o opinię, Rodolphusie. – upomniał go. Raczej delikatnie, ale zarazem dając do zrozumienia, że nie o to w tym chodziło. – Jedynie o informacje.
Aż można było się zastanowić, dlaczego więc tych wszystkich słów wysłuchał? Dlaczego mu nie przerwał? Pozwolił, aby to wszystko padło? Można było wręcz pomyśleć, że jedno mówiły usta, podczas gdy coś innego rozgrywało się w głowie Mulcibera. Albo może chodziło tylko i wyłącznie o to, aby Lestrange nie zapominał o tym, że wbrew pozorom równi sobie nie są. Nie będą nigdy? Tak dalekich założeń człowiek czynić nie powinien.
- Orsinus przekazał te informacje Bellatrix. To fakt. Może je przekazać również innym. W mojej opinii to uzasadniona obawa. Bezpieczeństwo oczywiście zawsze stanowi priorytet, ale jeśli faktycznie mamy o nie odpowiednio zadbać, potrzebujemy informacji. Dlatego właśnie tutaj jesteś. Nie dla nie do końca trafnych opinii. – kontynuował, podnosząc się przy tym z dotychczasowego miejsca. Musiał rozprostować nogi. Musiał się ruszyć. Pomyśleć? Zaczął przechadzać się po niewielkim pomieszczeniu. W jedną i drugą stronę. Do przodu i do tyłu. W prawo i w lewo. - Potrzebuje wiedzieć możliwie najwięcej o Bellatrix oraz ludziach, wśród których się obraca. Na ile ją znasz? Jak dużo o niej wiesz? Nie próbuj niczego przede mną zatajać, Lestrange. Nie jesteś w tym momencie jedynym źródłem, z którego mogę skorzystać. - zatrzymał się, spoglądając wprost na niego. Oceniająca? Albo może zastanawiając się nad czymś? Jedno i drugie? Pokiwał powoli głową, nim odezwał się ponownie. Tak jakby już wiedział, co należało powiedzieć dalej. W następnym kroku. - Nie zamierzam jej w żaden sposób skrzywdzić. Jeśli nie będzie interesowała się tym, co jej nie dotyczy, nie będzie działała na moją szkodę… cała reszta mnie nie obchodzi. Chcę tylko zamknąć tę sprawę.
Na ile był szczery? Ciężko to było określić w sposób jednoznaczny. Rodolphus mógł mu zaufać, albo nie ufać wcale. Prosty wybór? Albo może jednak skomplikowany Tak trochę skomplikowany. Odrobinę.Robert wrócił za swoje biurko, usiadł. Sięgnął po jakąś kartkę, po pióro. Obydwie te rzeczy przesunął w stronę Rodolphusa. Bez wyjaśnień. Bez instrukcji. Te dopiero miały paść. Za moment.
– Podaj mi dane osób, z którymi pozostaje blisko. Każdej jednej. Na wszelki wypadek. - czy to była prośbą, czy może jednak polecenie? A w spojrzeniu Roberta? Dlaczego reagował na to aż tak paranoicznie? Dlaczego tak bardzo się tego obawiał? Co oznaczał ten błysk? Cień szaleństwa? Może paranoi? Lekkiej. Dopiero co powstającej. Narastającej?